piątek, 18 lipca 2014

Rozdział IX

Kiedy Caroline się wyszykowała obydwie podjechały pod dom. Zaparkowały samochód i już miały ruszyć do drzwi kiedy dziewczyna coś zauważyła.
- Zaczekaj.
- Co się dzieje.?
- Nie wychodź z samochodu. – Stella spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Dla… - już miała dokończyć pytanie, gdy na werandzie przed domem Caroline ujrzała Jamesa. Chciało jej się płakać. Nie takiego go sobie zapamiętała. James, w którym niegdyś się podkochiwała nigdy nie pochwalał picia alkoholu i sam unikał go wielkimi krokami. James, którego znała uwielbiał Caroline i przedkładał jej dobro i szczęście ponad wszystko inne. James, który poślubił Susan. Susan Ross, matkę Caroline. Wydawał się taki poukładany, rozsądny, ciepły, czuły, mądry. Jego problem z alkoholem mogła zrozumieć. Większość ludzi po śmierci partnera popada w jakieś nałogi. Problem stanowiło to, co robił Caroline. On w życiu by jej nie skrzywdził. Przynajmniej nie zrobiłby tego James, który niegdyś był dla niej chodzącym ideałem.
- Stello, słyszysz mnie.? – Caroline delikatnie szarpnęła ją za ramię.
- Przepraszam. – wyszeptała. – zamyśliłam się.
- Zauważyłam.
- O co chodzi.?
- Pytałam, czy masz jakiś plan. – Stella zastanawiała się chwile, po czym uśmiechnęła się lekko i niewyraźnie.
- W sumie to tak.

***
- Halo, ktoś tutaj w ogóle pracuje.??
- Po pierwsze mówi się dzień dobry. – chłopak tylko spojrzał na nią z krzywym uśmieszkiem.
- Sorry, jeśli ci tak na tym zależy. – ukłonił się niczym dworzanin swojemu królowi. – Dzień dobry.
- Przestań się wygłupiać. – skarciła go.
- Czemu dziewczyna tak piękna jak ty pracuje w tak obskurnym miejscu jak to.? – dziewczyna tylko wywróciła oczami.
- A czego taki chłopak jak ty tutaj szuka.? – wyszła zza lady. – Bo na pewno nie dziewczyny.
- A gdyby jednak. – obróciła się do niego. Stali bardzo blisko siebie, bardzo blisko.
- Więc, - przełknęła ślinę. – wybrałeś złe miejsce. – odwróciła się i już miała iść, kiedy ten złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.
- Sorry kimkolwiek jesteś, ale muszę wracać do pracy. – próbowała go odepchnąć, ale trzymał ją mocno.
- Jestem Sam. – odparł. – I nigdzie cię nie puszczę dopóki nie powiesz mi jak masz na imię. – uśmiechnął się szeroko. – Ewentualnie możesz podać mi swój numer.
- To tak zdobywasz dziewczynę.? – spytała z ironią.
- Nie muszę żadnej zdobywać, bo one same na mnie polują.
- Szczęściarz. – mimo woli uśmiechnęła się.
- Więc jak ci na imię.? – w tym momencie na korytarzu pojawił się lekarz. Sam gwałtownie rozluźnił uścisk.
- Mirando przypominam ci, że jesteś w pracy, a nie na targu. – spojrzał na nią surowym wzrokiem. – Miranda. Więc tak masz na imię ślicznotko. – pomyślał Sam, jednak nie wypowiedział tego na głos, gdyż nie chciał narażać jej na jeszcze większe problemy.
- Przepraszam. – wyszeptała z opuszczoną głową. – Po prostu ten pan pytał gdzie leży… um... – Miranda spojrzała na Sama błagalnym wzrokiem.
- McKenzie. – dokończył za nią.
- Właśnie. – lekarz tylko przenosił wzrok z jednego na drugie, po czym zwrócił się do Sama.
- Erik McKenzie.?
- Tak właśnie.
- Jesteś jego bratem.?
- Przyjacielem.
- W takim razie nie mogę…
- Prosił mnie żebym przyniósł mu lekcje. – przerwał mu Sam.
- Jest wzorowym uczniem. – dodał widząc podejrzliwą minę lekarza. – Chce nadrobić zaległości.
- Dobrze. – odparł po chwili. – Panna Morgens zaprowadzi cie do Erika. – obrócił się na pięcie i ruszył dalej w głąb korytarza zostawiając jego i Mirandę sam na sam.
- Wielkie dzięki. – prychnęła oburzona.
- Co.?
- Pracuję tu dopiero miesiąc. Mike… - urwała gwałtownie. – doktor Michael Gray jeszcze nie przekonał się do mnie w stu procentach, a ty wcale mi tego nie ułatwiasz.!
- Przepraszam cię. – cała radość i pewność zniknęły z jego twarzy. Pojawiły się na niej natomiast smutek i poczucie winy. – Naprawdę nie wiedziałem, że jest taki cięty Mirando.
- W porządku. – odparła uspokojona. – Ja też powinnam cię przeprosić. – przyznała. – Po prostu strasznie zależy mi na tej pracy. Potrzebuje kasy. Nie chce żeby mnie wylali. 
- Rozumiem. – wyszeptał nie patrząc na nią.
- Serio.?
- Niekoniecznie, aczkolwiek chciałbym. – Miranda zachichotała.
- Rozbawiłem cię. – odparł uradowany. – Czy to oznacza zgodę.?
- Chyba tak. – Sam rozłożył ręce na znak przytulenia, jednak Miranda szybko się otrząsnęła.
- Powinniśmy iść.
- Dlaczego.?
- McKenzie.
- Co McKenzie.?
- Twój przyjaciel.
- Co przyjaciel.?
- Czeka na ciebie. – znów się uśmiechnęła, tym razem jeszcze szerzej. – Jesteś uroczy.
- Czy to znaczy, że…
- Nie ma mowy. – odparła surowo, po czym odwróciła się od niego i ruszyła przed siebie. – Chodź za mną. – Sam posłusznie ruszył za Mirandą.
Szli dosyć długo, jednak nie znowu tak długo aby można narzekać na ból nóg. Dotarli do pokoju 404. Miranda zapukała, po czym otworzyła drzwi. Odruchowo obydwoje spojrzeli na łóżko. Było puste. Dziewczyna już miała wzywać lekarza i pozostałe pielęgniarki, gdy Sam zauważył go przy stoliku. Siedział i tępo gapił się w okno, tak jakby w ogóle nie słyszał, że pukali. Był w dżinsach i podkoszulku, jego włosy były zmierzwione. Pierwszy raz widział go w tak krytycznym stanie. Nawet gdy jeszcze jak byli młodsi i nocowali u siebie zawsze wstawał wcześniej, aby nie musiał go oglądać właśnie takim jak teraz. W tym momencie wydawało się jakby w ogóle nie obchodził go jego wygląd. Jakby nie obchodziło go nic. Sam mógł się założyć, że gdyby postał tak jeszcze chwile dopatrzyłby się u niego innych zmian, stwierdził jednak, że pora przerwać tę niezręczną ciszę.
- Erik.? – chłopak odwrócił się powoli. Jego twarz była w równie złym stanie co reszta. Oczy podkrążone i zaspane, gołym okiem można było stwierdzić, że twarz już dawno nie miała kontaktu ze specjalnym kremem Erika, dzięki któremu jego skóra była nawilżona. Twarz miał bez wyrazu, aczkolwiek można było się domyśleć, że nie jest szczęśliwy.
- Kiedy już skończysz wizytę zamelduj się u mnie, a jeżeli Erik poczuje się gorzej po prostu krzycz.- wyszeptała do niego Miranda, po czym odwróciła się i wyszła.
- Erik, stary..
- Jak go przekonałeś.? – Sam popatrzył ze zdziwieniem na przyjaciela.
- Jak przekonałem kogo.?
- Lekarza.
- Do czego.?
- Sam, nie udawaj idioty. – skarcił go.
- Naprawdę nie wiem o co..
- Jak przekonałeś lekarza do tego, żebyś mógł mnie odwiedzić. – odparł beznamiętnie.
- Powiedziałem, że jesteś wzorowym uczniem, chcesz nadrobić zaległości i…
- Dobra, nieważne.
- Czy ty dasz mi kiedyś dokończyć zdanie.? – zażartował Sam. Erik tylko popatrzył na niego krzywo, po czym wstał z krzesła i podszedł do niego.
- Nie mam nastroju na żarty.
- Łał stary. – wykrzywił się. – Jeżeli ten burdel…
- Szpital Sam.
- Dobra. – odparł trochę zdziwiony. – Jeżeli szpital robi z ludźmi takie rzeczy, to ja za cholerę nie chce tu trafić.
- To nie wina szpitala.
- Więc o co chodzi.? – spytał, po czym dodał. – No nie. – usiadł na łóżku. – Nie mów mi tylko, że chodzi o tę całą laskę, która nawet boi się wypowiedzieć swoje imię. – Erik tylko spojrzał na niego. – Jak ona miała na imię.? – Sam dumał chwile. – Carmen.? Clara.? Cornelia.? – tym razem Erik obrzucił go surowym spojrzeniem.
- Ma na imię Caroline. – jego głos jednak pozostał spokojny.
- No dobra. – Sam wzruszył ramionami. – Caroline. Co jeszcze o niej wiesz.? – chłopak zatrzymał wzrok na jednym punkcie i zaczął mówić:
- Ma wspaniałe włosy, tak samo piękne i miękkie jak puch. Jej oczy są niezwykłe. Kiedy jest wesoła są zielone i tajemnicze niczym u kota, natomiast kiedy się smuci, cóż, nigdy nie widziałem bardziej błękitnego koloru. Nawet ocean nie może się poszczycić takim błękitem. Jej uśmiech, nawet najlepsza gwiazda filmowa nie ma tak białych i równych zębów jak ona. Jej zęby są niczym perły. Krystalicznie białe i niezwykle rzadkie. Jej głos, kiedy mówi to tak jakby ktoś szeptał mi do ucha najczulsze słówka. A kiedy śpiewa…
- Łoł, łoł, łoł. – przerwał mu Sam. – Słyszałeś jak śpiewa.?? – Erik tylko mówił dalej, tak jakby Sam w ogóle się nie odezwał.
- Kiedy śpiewa brzmi niczym anioł, wyjątkowy anioł. Jej dotyk jest jak ukojenie. A kiedy jest blisko, nie mogę znieść tego, że nie mogę jej nawet przytulić, a już tym bardziej pocałować. Denerwuje mnie to, że nie mogę jej mieć tylko dla siebie. – zrobił małą pauzę, a Sam sądząc, że przyjaciel skończył powiedział:
- Erik, sądzę, że ty…
- Ostatnio była tutaj. – znów mu przerwał. – Siedziała tutaj, w tym samym miejscu co ty. Patrzyła na mnie tymi swoimi zielono-niebieskimi oczami, a ja byłem zbyt słaby, lub zbyt głupi by ją przeprosić. By powiedzieć jej, że wcale nie jest winna.
- Powiedzieć co do niej czujesz. – dodał Sam.
- Tak. – tym razem Erik popatrzył na niego z uśmiechem. - Postanowiłem, że zrobię to jak tylko wyjdę ze szpitala.
- O nie. – przerwał mu niechętnie Sam, gdyż nie przepadał za romansami, aczkolwiek wypowiedź (jeśli tak to można nazwać) przyjaciela poruszyła go i dała wiele do myślenia.
- Jak to nie.? – oburzył się Erik.
 - Jak stąd wyjdziesz, to zanim porozmawiasz z nią, rozszarpie cię Sofie.
- Kto.?
- Sofie. – Sam popatrzył na niego ze zdziwieniem. – Twoja ex, a właściwie dziewczyna.
- Ach ona. – odparł z niesmakiem Erik. – Ona tylko znów sobie ubzdurała, że jesteśmy razem. – machnął niedbale ręką. – Pamiętam, że przyszła mnie odwiedzić w tym samym dniu co Caroline.
- Czego chciała.?
- W sumie to nie wiem. – wzruszył ramionami. – Spławiłem ją.
Sam nigdy nie wyglądał na bardziej zaskoczonego. Choć jego mina zapewne była zabawna, Erika wcale to nie rozśmieszyło.
 
***
- Jesteś gotowa.? – spytała Stella otwierając drzwi od wewnętrznej strony kierowcy, aby po tym jak kilkanaście razy powtarzała Caroline plan wreszcie wcielić go w życie. Dziewczyna tylko pokiwała głową. - Miejmy nadzieje, że się uda. – wyszeptała po czym wysiadła z samochodu i… ruszyła w stronę Jamesa.! Była przerażona, a jednocześnie ciekawa jego reakcji na jej widok. Choć nie napawał optymizmem, wiedziała, że już nie ma wyjścia. Przypominała sobie dla kogo to robi.
Była już bardzo blisko. Już miała się odezwać, gdy James wstał ze schodów, odwrócił się do niej plecami i ruszył do drzwi. Przyśpieszyła kroku. Już otwierał drzwi, gdy wyłoniła się zza drzewa i wykrzyknęła.
- James.! – odwrócił się zaskoczony, na jej widok jego oczy rozszerzyły się, że teraz były tak wielkie jak u Tarasiuka syrichta*. Gdyby nie powaga sytuacji (i jego stan) zapewne by się roześmiała.
- Stella.? – wyszeptał.
- Tak James, to ja.
- Co ty tutaj do cholery robisz.?
- Spodziewałam się ciut milszego powitania.
- Więc się pomyliłaś. – znów kierował się do drzwi, gdy Stella spytała:
- Jak tam Caroline.? – zatrzymał się jak zamurowany.
 
* gatunek ssaka z rodziny wyrakowatych występujący w lasach deszczowych Filipin.
 
***
Caroline zrobiła wszystko zgodnie z tym co powiedziała Stella. Dzięki jej doskonałemu planowi znajdowała się teraz w domu, właściwie w jej byłym domu. Nigdy nie przypuszczała by, że będzie korzystała z tylnego wyjścia, a jednak okazała się to bardzo przydatne w takich sytuacjach jak ta. W domu panował jeszcze większy bałagan, niż wtedy, kiedy ona jeszcze tutaj mieszkała. Z korytarza zostały usunięte roztrzaskane naczynia, jednak ich odłamki nadal chrupotały pod stopami dziewczyny. Rozejrzała się po całym domu szukając to, czego szukała… swoich ubrań.
Cichym krokiem ruszyła na koniec korytarza i otworzyła drzwi do swojego starego pokoju, w którym zaszły „zmiany”. Lustro wiszące nad komodą było roztrzaskane, ubrania porozrzucane po całym pomieszczeniu, niektóre były poplamione czymś co wyglądało na krew. Szuflady pootwierane, gdzie nie gdzie na ścianach widniały napisy: „będziesz moja”, „i tak cię znajdę”, „prędzej cały świat spłonie, niż ty zdołasz się przede mną ukryć” itp.
Nie mogła uwierzyć w to co widzi. Czy to naprawdę zrobił człowiek, którego przez tyle lat uważała za swojego ojca.? Była przerażona. Czym prędzej zaczęła szukać torby, w którą spakowała wszystkie ubrania, które nie były zaplamione „tym czymś”, cokolwiek to było. Gdy już się spakowała przypomniała sobie o jeszcze jednej, istotnej dla niej rzeczy, pamiętnik.
Czym prędzej zajrzała do szafki nocnej. Przeraziła się. Nie było w niej ani rzeczy szkolnych, ani jej pamiętnika.!
 
***
- Co ty powiedziałaś.? – posłał jej ostre spojrzenie.
- Spokojnie James, po prostu chce wiedzieć jak czuje się twoja córka. – próbowała się uśmiechnąć, jednak wstręt do niego był silniejszy.
- Chodzi ci o jedzenie.?
- O jakie… nie, skądże James.
- Więc czego ode mnie chcesz.?
- Po prostu przechodziłam i zobaczyłam cię jak tutaj siedzisz i pomyślałam…
- Nie kłam Stello.
- No dobrze. – miała mało czasu, musiała szybko wymyśleć kolejne kłamstwo. – Chodzi o to, że się martwię.
- Martwisz.? – wyglądał na naprawdę zdziwionego.
- Tak. – wszystkie kłamstwa, które wymyślała przychodziły jej z trudem, a jeszcze trudniej wychodziły jej z ust, nie dlatego, że bolało ją okłamywanie jego, tylko dlatego, że nie lubiła kłamać.
- Dlaczego.?
- Wiesz. – przełknęła ślinę. – zawsze należałam do tej rodziny…
- To prawda. – przyznał. – Susan cię uwielbiała.
- Byłyśmy przyjaciółkami. – cokolwiek sprawiło, że James był spokojny na dźwięk słowa „przyjaciółki” zniknęło tak niespodziewanie jak się pojawiło. Znów stał się ostry i oschły. Tak jakby to słowo bolało go jak żadne inne.
- Powinnaś już iść. – odsunął się od niej, chodź Stella nawet nie zorientowała się kiedy do niej podszedł.
 
***
- Jak to ją spławiłeś.? – Sam dopiero po chwili odzyskał głos.
- Po prostu. – znów wzruszył ramionami. – Nie miałem ochoty z nią gadać.
- A przypadkiem nie chodzi o coś innego.?
- Niby o co.?
- O to, że chciałeś być sam na sam z Caroline.
- To też prawda, ale nic z tego nie wynikło, bo nafaszerowali mnie tyloma prochami, że zasnąłem zanim cokolwiek zdążyłem jej powiedzieć. – zanim cokolwiek miłego zdążyłem jej powiedzieć. – pomyślał, jednak Sam nie musiał tego wiedzieć.
- Więc co zamierzasz zrobić.?
- To znaczy.?
- To znaczy z Sofie.
- Dalej nie rozumiem.
Sam wywrócił oczami.
- Nawet nie wiesz ile ona ćwiczy przy tym cholernym lustrze żeby dobrze przed tobą wypaść.
- I co z tego.?
- To z tego, że nie da ci spokoju dopóki jej nie wysłuchasz.
- A czy ja mam obowiązek jej słuchać.?
- Stary, powiedz mi jedną rzecz. – Sam skrzyżował ręce.
- Mianowicie.?
- Czy ty ją kiedykolwiek kochałeś.? – Erik zastanawiał się tylko krótką chwilę po czym odparł:
- Zdecydowanie tak…
- Więc dlaczego ją spłoszyłeś.?
- Nie dałeś mi dokończyć. – skarcił go.
- Czyli jej nie kochałeś.?
- Kochałem, przyznaje.
- Ale.?
- Ale nie tak mocno i nie tak szczerze jak…
- Jak Caroline. – Sam popatrzył na przyjaciela, który aż promieniał na dźwięk tego imienia.
- Wtedy byłem jeszcze szczeniacko zakochany. – przyznał się Erik. – Owszem, kochałem ją i byłem z nią szczęśliwy, ale… - zamyślił się na chwilę. – Ale z Caroline jest inaczej.  – usiadł na łóżku obok Sama, który przyglądał mu się z miłością i troską w oczach. – Przy niej czuję, że mogę… mogę podnosić góry, wiem, że to brzmi szalenie, ale tak właśnie jest. Czuje, że mogę zrobić wszystko, dopóki ona będzie blisko.
- Łał stary…
- Przestań mnie tak nazywać. – Erik skrzywił się. – Jestem od ciebie starszy to prawda, ale czy 6 minut różnicy czyni mnie, aż takim staruchem.? – Sam roześmiał się z ulgą.
- Widzę, właściwie to słyszę, że wrócił ci humor.
- Kiedy o niej myślę wszystko do mnie wraca. Humor, nadzieja, szczęście, miłość…
- Życie. – wyszeptał Sam.
- Co.?
- Chodziło ci, że wraca do ciebie życie.
- Tak.
***
Gdyby nie to, że przed domem Stella walczyła o to, aby mogła się spakować i spokojnie wyjść z domu tak jakby nigdy jej tu nie było, Caroline wpadła by teraz w histerię.  Gdzie mógł być jej pamiętnik.? Czy ojciec go spalił.? Czy wiedział wszystko i tylko udawał, że nie ma pojęcia, że jest teraz w domu.? Te pytania rozszarpywały ją od środka. Postanowiła się rozejrzeć. Miała cichą nadzieję, że może, przez przypadek, uda jej się go znaleźć.
***
- James. – wyszeptała Stella. On nawet się do niej nie odwrócił. Stał do niej tyłem, jakby próbował ją zignorować, jednak choć bardzo chciał, nie potrafił tego zrobić.
- Dlaczego mi to robisz.?
- Ale co takiego robię.?
- Dlaczego przypominasz mi o niej.?
- O Caroline.? – żadnego odzewu.
- O Susan.? – Stella zrobiła zdziwioną minę. – Myślałam, że ją kochałeś.
- Bo tak było. – James odwrócił się do niej z powrotem. Podszedł do niej wolnym krokiem i ujął w dłonie jej twarz. – Kochałem ją jak wariat. – popatrzył jej prosto w oczy. – Czasem mi ją przypominasz. – przyznał.
- A Caroline nie.? – powoli przełknęła ślinę. 
- Ona zwłaszcza mi ją przypomina. – zaczął gładzić ją kciukiem po policzku.
- Dlatego ją gwałciłeś.? – jego ręce zesztywniały i puściły jej twarz.
 
***
Przeszukała już wszystkie pokoje. Została jej tylko sypialnia ojca. Bała się tam wejść, jednak w głębi serca wiedziała, że pamiętnik może być już tylko tam. Podeszła do drzwi, złapała klamkę i pociągnęła.
W sumie nie do końca wiedziała czego ma spodziewać, jednak nie tego co zastała. W sypialni ojca panował nienaganny porządek. Nigdy tutaj nie była, jednak czuła się w tym pokoju bardzo nieswojo. Zaczęła przeszukiwania. Zajrzała pod łóżko, do szafy i przeglądnęła szufladki biurka, jednak ani śladu pamiętnika.
Już miała wyjść, gdy w oczy poraziło ją coś, co odbijało blask świtała słonecznego. Podeszła do szafki nocnej (której o dziwo wcześniej nie zauważyła) i wzięła przedmiot, który rzucił jej się w oczy. Było to coś srebrnego i małego, było zawieszone na srebrnym, cienkim łańcuszku.
- Naszyjnik. – wyszeptała. W tym momencie poczuła, że na czymś stanęła, spojrzała w dół i zobaczyła dwa zeszyty, jeden z nich… to był jej pamiętnik.!
Czym prędzej podniosła obydwa. Pamiętnik wsunęła pod pachę, natomiast drugi otworzyła i zaczęła czytać:
„ Ona jest taka piękna. Jej oczy… są niezwykłe. Odziedziczyła je po nas oboje. Jamesowi również bardzo się podobają. Jestem mu bardzo wdzięczna za to, co dla nas robi. Gdyby nie on możliwe, że skończylibyśmy na bruku. Jest wspaniałym mężem i kochającym ojcem. Tak bardzo go kocham.”
- To niemożliwe. – Caroline zaparło dech. Czyżby matka opisywała tego samego człowieka, który co noc gwałcił ją bez żadnego poczucia winy.?
Zamknęła zeszyt i z obydwoma udała się do torby, w której miała spakowane ubrania. – Pamiętnik mamy. – pomyślała.
Przez tyle lat nawet nie miała pojęcia o jego istnieniu, a dziś, gdy już go znalazła dowiaduje się, że jej ojciec jest bohaterem.
- Gdyby naprawdę był takim bohaterem to mama dziś by żyła. – stwierdziła.
 
***
- Skąd to wiesz.? – sama nie wiedziała czego ma się spodziewać po tym co powie, jednak była pewna, że nie takiego spokoju. Wrzasku, napadu wściekłości, irytacji, oburzenia, ignorancji, wyparcia się, ale na pewno nie spokoju.
- Czyli to prawda. – Stella omal nie zemdlała z wrażenia z wrażenia. – Dlaczego.? – on tylko popatrzył na nią obojętnym wzrokiem.
- Żeby ją chronić. – Stella parsknęła śmiechem bez cienia wesołości.
- Chronić ją.? – prawie wrzasnęła. – Jak.?!
- Nie zrozumiesz. – już ruszył w stronę domu, gdy Stella nie wytrzymała i wrzasnęła:
- Jesteś skończonym kretynem.! – zatrzymał się, jednak po chwili tylko machnął ręką i ruszył dalej. – Nie rozumiem jak kiedyś mogłam być tak głupia i zakochać się w tobie.! – tym razem odwrócił się. Jego mina wyrażała ogromne zaskoczenie.
- Byłaś we mnie zakochana.?
 
***
Caroline już się spakowała i już miała wyjść, ale coś ją powstrzymało. Coś prosiło ją żeby została jeszcze chwilkę. Po jej policzku spłynęła gorzka łza. Nigdy nie sądziła, że będzie musiała rozstawać się z tym miejscem.
- Weź się w garść. – skarciła się. – Mama już nie wróci. Pogódź się z tym. – czym prędzej otarła resztę łez, które już zdążyły wypłynąć z jej oczu i ruszyła do tylnych drzwi, którymi dostała się do domu.
***
- Byłaś we mnie zakochana.? – spytał ponownie James, tak jakby za pierwszym razem w ogóle nie zrozumiał tego co powiedziała. Stella nie wiedziała co zrobić. Nie chciała, aby James kiedykolwiek dowiedział się o tym co przed chwilą mu wygarnęła.
Miała już zaprotestować gdy zza domu ujrzała Caroline. Serce podskoczyło jej do gardła. Musiała czym prędzej zrobić coś by James jej nie zauważył.
- Stello. – zaczął kierować się w jej stronę. – Proszę cię, nie ignoruj mnie. – znając ją zapewne cisnęła by mu teraz w twarz niezłą ripostę. Tak. Zrobiłaby to, gdyby nie była tak piekielnie zdenerwowana.
Gdy się ocknęła poczuła na sobie ucisk i ramiona. Silne ramiona. To James. Obejmował ją. Stella wykorzystała to jako idealny moment i pomachała do Caroline (która cały ten czas stała i czekała na jej rozkaz) na znak żeby szybko biegła do samochodu. Dziewczyna zrozumiała polecenie i szybkim krokiem kroczyła w jego stronę, gdy nagle coś wypadło z torby i z lekkim hukiem opadło na ziemię. To był jej pamiętnik. Caroline przeklęła pod nosem. Hałas nie był wielki, jednak na tyle głośny, aby zaniepokoił Jamesa.
- Co to było.? – spytał.
- Ale co takiego.?
- Ten hałas.
- Ja nic nie słyszałam. – Stella przytuliła się do niego mocno, jednak on się jej wyrwał, odwrócił do niej plecami i… zamarł.
- Caroline.? – już kierował się w jej stronę, ale dziewczyna szybko podniosła zeszyt i pobiegła w stronę samochodu. – Caroline.! – wrzasnął. – Caroline stój.! – od jego wrzasku Stellę aż zabolały bębenki. Jeszcze przez chwilę patrzył za nią, po czym odwrócił się do Stelli wściekły i zrozpaczony.
- To twoja wina. – warknął przez zęby.
- O nie, to ty…
- Twoja suko.!! – wrzasnął popychając ją przy tym, jednak nie tak silnie aby straciła równowagę.
- James, spokojnie…
- Nie wystarczyło ci, że straciłem Susan. Teraz jeszcze musiałaś mi odebrać Caroline.! – jego oddech wcześniej normalny, teraz stawał się nie do zniesienia.
- Ona sama do mnie przyszła.! – wrzasnęła, po czym szybko zakryła sobie ręką usta.
- A więc to u ciebie się ukrywa. – jego spojrzenie było pełne nienawiści, a głos, to w jaki sposób wypowiadał słowa sprawiało, że Stellę przechodziły ciarki.
- Nie…
- Siedź cicho dziwko.
- Ona wcale nie ukrywa się u mnie.
- Powiedziałem… - jego oczy się rozszerzyły. – Co takiego.?
- Poprosiła mnie o pomoc, więc jej ją udzieliłam.
- W takim razie gdzie była przez ten cały czas.?!
- Tego nie wiem. – odwróciła się od niego i już miała iść, kiedy szarpnął ją za ramię.
- Spodziewaj się mnie w najbliższym czasie. – mruknął, po czym puścił ją i ruszył w stronę domu.
 

 

 

środa, 9 lipca 2014

Rozdział VIII

- Dlaczego uciekłaś.? – spytała nagle odkładając kubki na stolik do kawy. Caroline bardzo zaskoczyło to pytanie. Szczerze mówiąc, nie spodziewała się go i nie wiedziała co powiedzieć. – Caroline  – mówiła powoli. – możesz mi zaufać. – dotknęła jej dłoni bardzo delikatnie, jak gdyby jej dłoń była piórkiem opadającym na jej ciało.
- To dość… skomplikowane. – powiedziała cichutko.
- Bił cię.? – spytała wprost. – Bił cię prawda.?
- Nie.
- Więc o co chodzi.? – Caroline nie była pewna jaką decyzję ma podjąć. Z jednej strony Stella była dla niej całkiem obcą kobietą, ale z drugiej strony ona też była dla niej kompletnie obca, a jednak przyjęła ją pod swój dach. Zaufała jej. Caroline powinna zrobić to samo.
- Lepiej usiądź wygodnie. – odparła po chwili. – Bo to co ci powiem może bardzo tobą wstrząsnąć. – Caroline tylko przez chwilę obserwowała jak kobieta usadawia się na łóżku. Później spuściła wzrok i zaczęła mówić.
- Widzisz. – zaczęła. – Wszystko rozpoczęło się od śmierci mamy. Jak wiesz ojciec pije od tamtej pory. Najpierw było to tylko zwyczajne picie do posiłków, jednak z czasem zaczął pić więcej i więcej i więcej, aż w końcu… stało się to jego nałogiem. Od tamtej pory nie znalazł sobie nowej partnerki. – Caroline zrobiła małą pauzę. – I od wtedy on… on mnie… wykorzystywał mnie żeby…  - nie dała rady dokończyć, gdyż łzy zalały jej oczy i zaczęła płakać. Stella jednak szybko domyśliła się co miała na myśli, gdyż czym prędzej usiadła obok niej na łóżku, przyciągnęła ją do siebie, i mocno, mocno objęła.
- Boże. – wyszeptała po chwili łaskocząc przy tym ustami ucho Caroline. – Co się z nim stało. – Stella prawdopodobnie mówiła sama do siebie (bądź myślała na głos), to było nieważne. Najważniejsze było to, że ktoś w końcu dbał o Caroline, i szczerze mówiąc, podobało jej się to. Było to całkiem miłe. Po chwili dziewczyna zrobiła coś, czego by się nigdy po sobie nie spodziewała.
- Nie zostawiaj mnie, proszę. – objęła Stellę z całych sił i zaczęła jeszcze bardziej płakać, przez co jej słowa były jeszcze bardziej niewyraźne. Po mimo to Stella najwidoczniej rozumiała ją doskonale. Zaczęła gładzić ją po włosach. Nie tak jak ojciec. Inaczej. Delikatniej. Robiła to w sposób, który sprawiał Caroline przyjemność, a nie odrazę do samej siebie. – Nie chce się już bać.- płakała.
- Wiem kochanie. – wyszeptała Stella. – Nie dam cię skrzywdzić już nigdy więcej. – przygarnęła ją jeszcze mocniej do siebie. – Obiecuję. – tym razem wyszeptała jej to wprost do ucha. Gdyby patrzył na nie ktoś całkiem obcy pomyślałby, że są matką i córką, jednak nie były. Były sobie całkiem obce, a jednocześnie tak bliskie. Uczucie, którego doznawała Caroline będąc blisko Stelli było nie do opisania. Czuła się bezpiecznie i dobrze, jak nigdy dotąd.
Nie pamięta kiedy, jak i o której zasnęła. Prawdopodobnie była zmęczona. Obudziła się w środku nocy, było chyba około 4 nad ranem. Poczuła, że ma mdłości. Szybko wstała z łóżka i pobiegła do łazienki. Jej przeczucia okazały się trafne. Wymiotowała. Nie było to nic przyjemnego. Gdy skończyła, usiadła i powoli oparła głowę o zimną wannę. Nagle w ciszy usłyszała pikanie. – Jakby budzik dzwonił. – pomyślała. I tym razem się nie pomyliła. Po chwili w progu drzwi łazienki stanęła zdziwiona Stella.
- Obudziłam cię.? – spytała zdławionym głosem Caroline.     
- Nie. – odparła uprzejmie Stella. – Ach tak. – dodała po chwili. – Zapomniałam wspomnieć ci, że o 4:20 wstaję do pracy. – popatrzyła na nią. – Jednak byłam pewna, że będziesz jeszcze spała. – Caroline odwzajemniła spojrzenie. – Czy wszystko w porządku.? 
- Niezupełnie. – odparła ściszonym głosem.
- Co to znaczy niezupełnie.? – spytała wyraźnie zaniepokojona Stella. – Czy mam dzwonić po karetkę.? – w pierwszej chwili Caroline chciała odpowiedzieć: „tak”, ale nie miała zamiaru robić z siebie ofiary.
- Nie potrzeba. – wyszeptała z niewyraźnym uśmiechem.
- Na pewno.? – zapytała. – wyglądasz bardzo blado, - pochyliła się nad nią. – do tego wymiotowałaś prawda.? – dziewczyna pokiwała twierdząco głową. Stella tylko westchnęła cicho.
- Mogę zostać dziś w domu.? – spytała po chwili milczenia Caroline.
- Nawet musisz. – skwitowała. – Będę spokojniejsza wiedząc, że jesteś w domu i masz pod dostatkiem wszystko, czego mogłoby zabraknąć w szkole. – w tym samym momencie wyciągnęła rękę do dziewczyny. Caroline chwyciła ją bez chwili wahania.
- Powoli. – wyszeptała Stella. Dziewczynie było bardzo ciężko się podnieść. Czuła się ociężała, osłabiona i senna.
- Długo spałam.? – spytała siadając powoli na łóżku.
- W sumie to chyba z 3 godziny. – Caroline cały czas kręciło się w głowie. – Może zostanę w domu, - myślała głośno Stella. – no wiesz, żeby mieć cię na oku. – dodała z lekkim uśmiechem.
- Dziękuję, że się tak o mnie martwisz, - wymamrotała Caroline tak bardzo wyraźnie jak tylko mogła. – ale nie możesz nie otworzyć sklepu tylko dlatego, że mam lekkie mdłości. – dodała opierając się na łokciach.
- Lekkie mdłości.? – spytała z irytacją Stella. Jesteś bledsza, niż szkolna kreda. Bardziej sinych ust nie widziałam nawet u nieboszczyka. Po twoim czole leje się morze potu. Najprawdopodobniej masz gorączkę. – spojrzała na nią surowo. – I ty będziesz mi wciskać kity, że wszystko jest dobrze.? – gołym okiem można było dostrzec jej oburzenie.
- Ale sklep…
- Chrzanić ten cholerny sklep.! – wykrzyknęła Stella, jednak niezbyt głośno, gdyż najwidoczniej zdała sobie sprawę, że Caroline ma bóle głowy. – Przecież nie jest on jedynym sklepem w całym Valentine.! – tym razem nie opanowała emocji i wykrzyknęła z całej siły.
- Przepraszam, - odparła spoglądając spode łba na dziewczynę, która kręciła się na łóżku szukając pozycji, która umożliwiłaby jej mniejsze odczuwanie bólu. – poniosło mnie. – dodała ściszonym tonem.
- W po- rzą- dku. – powiedziała, a właściwie wyrecytowała Caroline. – Nie chce ty- lko a- byś…– reszta zdania nie zdążyła wydostać się z jej ust, gdyż gwałtownie zerwała się z łóżka i pobiegła do łazienki. Znów wymiotowała. Czuła się jeszcze gorzej niż wcześniej. – Co jest do cholery.? – pomyślała. – Przecież jeżeli żołądek się opróżnia to człowiek czuje się lepiej, a nie gorzej. – nie licząc tego, że była osłabiona, i doznawała wrażenia jakby zaraz miała zwrócić swój żołądek, wszystko było cudownie. Kręciło jej się w głowie. Z każdym oddechem czuła się coraz gorzej. Miała wrażenie jakby było z 40°C. Nie miała siły krzyczeć, bo za każdym razem kiedy otwierała usta chciało jej się wymiotować. Oczy same jej się zamykały, jednak nie dawała za wygraną. Bała się zasnąć. Bała się, że gdy zamknie oczy już nigdy ich nie otworzy. Nie chciała zostawiać Stelli, gdyż bardzo ją polubiła. Przede wszystkim jednak nie mogła zostawić Erika. Potrzebował jej. Tylko ona mogła mu pomóc. Tylko ona wiedziała co stało się naprawdę. Tylko ona wiedziała dlaczego Erik jest ciężko ranny i leży w szpitalu zamiast niej. Tylko ona wiedziała dlaczego i dzięki komu jeszcze żyje. Wstała powoli i żółwim krokiem zeszła na dół. Z racji, że na zewnątrz robiło się już jasno do pokoi dostało się na tyle światła, aby można by je od siebie odróżnić. Bez większego problemu trafiła do kuchni. Nalała sobie wody. Wypiła ją niezwykle szybko. Była spragniona. Odczuła ulgę. Zaraz jednak stwierdziła, że nie był to dobry pomysł. Woda cofnęła jej się z żołądka do gardła i… zaczęła pluć. Nie wymiotowała, ale pluła, wypluwała swoją własną ślinę. Czuła jak ucieka z niej życie. Nie miała sił. Najprawdopodobniej się odwodniła. Upadła na ziemię. Zapadła długa ciemność.
Kiedy się obudziła pierwszym co zobaczyła była twarz Stelli. Była zmęczona. Wyglądała jakby nie spała przez całą noc.
- Jak się czujesz.? – spytała po chwili.
- Szczerze mówiąc lepiej. – odparła z uśmiechem. Była to w 100% prawda. Caroline czuła się jakby ktoś zdjął z niej najcięższy kamień. Bóle głowy ustały. Gorączka prawdopodobnie spadła. Jedynie mdłości nadal się trzymały, ale nie były aż tak silne. – Co się stało.? – zapytała powoli się podnosząc.
- Nie mam pojęcia. Ubrałam się i sądząc, że jesteś w łazience zajrzałam tam, ale cię nie było. Zeszłam więc na dół. Przeszukałam wszystkie pokoje z wyjątkiem kuchni. – odparła. – To tam cię znalazłam.
- Czyli zemdlałam.? – Caroline była tego pewna, jednak miło byłoby usłyszeć, że jest się w błędzie.
- Na to wychodzi. – odparła spokojnie Stella.
- Czy w kuchni znalazłaś coś.. – Caroline próbowała znaleźć odpowiednie słowo. „Dziwnego” było zbyt… niedopasowane do sytuacji, poza tym, to słowo mogło wywołać u Stelli niepotrzebną panikę. – interesującego.? – zdecydowała się po dłuższym namyśle.
- Chodzi ci o kałużę twojej śliny, w której cię zastałam.? – spytała. Caroline domyśliła się, że kobieta od samego początku wiedziała o co ma zamiar spytać.
- Dlaczego ją straciłam.? – spytała, jednak szybko stwierdziła, że źle zadała pytanie. – Dlaczego plułam śliną, a nie wymiotowałam, tak jak do tej pory.? – poprawiła się. Stella wzruszyła ramionami, jednak nie w sposób lekceważący. Zrobiła to w bardzo spokojny i opanowany sposób.
- Być może twój organizm stracił cały pokarm i nie miał już czego zwracać. – wyszeptała po chwili. – Czułaś mdłości, ale nie miałaś czego zwymiotować, więc zaczęłaś pluć własną śliną. – dodała. Caroline pamiętała to zdarzenie, jakby wydarzyło się minutę, a nie godzinę temu. Na samą myśl o tym, co przeszła zrobiło jej się nie dobrze, i znów powróciły zawroty głowy. Dziewczyna zamknęła oczy i opadła na poduszkę bezsilna i osłabiona.
- Czy gdybym faktycznie utraciła cały pokarm, to czy obudziłabym się po upadku.? – spytała spod zamkniętych powiek.
- Sądzę, że tak.
- Dlaczego.?
- Dlatego, że wymioty nie są czymś zagrażającym życiu głuptasku. – Stella lekko się uśmiechnęła, jednak Caroline to wystarczało do spieczenia raka.
- Przepraszam. – odparła. – Naprawdę źle się czuje i przez to nie myślę logicznie.
- To normalne.
- Naprawdę.?
- Jasne. Twój umysł jest zbyt zmęczony by myśleć.
- Skąd to wszystko wiesz.?
- Moja ciotka kiedyś chciała wyuczyć mnie na pielęgniarkę. – Stella zamyśliła się. – Nienawidziłam wkuwać tych wszystkich regułek, ale jak widać jednak się to przydaje. – lekko szturchnęła Caroline w ramię. Dziewczyna zrobiła to samo.
- Jak się czujesz.? – spytała znienacka Stella.
- W porządku.
- Mam pewien pomysł.
- Tak.?
- Ja nie mam zbyt modnych ubrań, a założę się, że nie zbyt podoba ci się wizja chodzenia w tym samym odzieniu dzień w dzień.
- Co chcesz przez to powiedzieć.?
- Może podjechałybyśmy do ciebie po resztę ubrań.? – Caroline znieruchomiała. Na język nasuwało jej się tylko jedno pytanie, które musiała zadać Stelli zanim straci odwagę.
- Czy ty proponujesz mi żebym z tobą zamieszkała.? – Stella spojrzała na nią z szerokim uśmiechem.
- Chyba tak. – Caroline rzuciła się na Stellę i przytuliła ją najmocniej jak potrafiła.
- Kocham cię. – wyszeptała jej do ucha. – Tak bardzo cię kocham.
- Ja ciebie również. – Stella także wyszeptała jej to wprost do ucha.
 

Rozdział VII

Była zestresowana, całą drogę myślała o Eriku, a co 10 minut wydzwaniała pytając o jego stan. W końcu jednak po mimo woli dotarła do domu, wyciszyła telefon i po cichu otworzyła drzwi. Rozglądała się po domu, jednak ani śladu ojca, nagle dostała smsa. To był sms od jednej z pielęgniarek, która podała jej swój numer w razie gdyby z Erikiem się pogorszyło. Chciało jej się płakać. W treści wiadomości czarno na białym było napisane, że Erik jest w bardzo ciężkim stanie i może mieć problemy z chodzeniem w przyszłości. Był jednak cień nadziei. Ostateczną decyzję miał podjąć chirurg z Nowego Jorku. Słynął z tego, że jego diagnozy zawsze były trafne, i jeszcze nie było takiego przypadku, aby się pomylił. Wiedziała, że na odpowiedź będzie musiała czekać bardzo, bardzo długo. Wiedziała, że prawdopodobnie nie wytrzyma tyle czasu w niepewności. Wiedziała, że musiała coś zrobić. Dziś były jej urodziny.
- Ciekawe, czy Erik wiedział, że dziś są moje urodziny..? – szepnęła sama do siebie. Jednak za chwilę stwierdziła, że nie to było najważniejsze. Postanowiła, że musi wymyślić jakiś sposób na jak najszybsze przemieszczenie się z Valentine do Nowego Jorku. Oczywiście patrząc oczami realisty było to w 100% nierealne, ale Caroline musiała wierzyć, że ma szansę. Nagle przypomniały jej się słowa p. Green. Wiedziała, że nie powinna prosić profesorki, czyli całkiem obcej jej osoby o taką rzecz, ale była tak zdesperowana, że nie obchodziło ją nawet jak to zabrzmi, chciała tylko pomóc Erikowi. Niestety, na rozmowę z p. Green musiała poczekać do jutra.
Postanowiła wziąć orzeźwiający prysznic, aby trochę ochłonąć i na spokojnie przemyśleć do kogo mogłaby się jeszcze ewentualnie zwrócić o pomoc. Nie chciała patrzeć na siebie w lustrze, jej ciało nigdy nie było w gorszym stanie. Ręce świeciły od sińców, podobnie jak nogi. Gdzie niegdzie były przecięcia od noża, czy coś w tym stylu. Jednak w tej chwili wiedziała, że nie może myśleć o sobie, z resztą nigdy tego nie robiła, więc dlaczego teraz miałaby zacząć..? Nie zastanawiając się nad tym dłużej weszła pod prysznic.
Kiedy wyszła podeszła do umywalki, aby opłukać twarz. Gdy ponownie spojrzała w lustro zamarła. Stał za nią ojciec! 
- Tato! – wykrzyknęła. - Przestraszyłeś mnie. – dodała nieśmiale. Ojciec jednak stał w bezruchu nic nie mówiąc. To sprawiało, że Caroline bała się jeszcze bardziej.
Po chwili gwałtownie się odwróciła z nadzieją, że jej się przewidziało, i że ojciec wcale za nią nie stoi… na próżno. Łza pociekła jej po policzku, była bezsilna. Stanęła tyłem do niego i oparła się rękoma o umywalkę chowając twarz przed wszystkimi.
Po chwili poczuła dotyk. Ojciec gładził ją dłonią po plecach. Czuła jego odór i lodowaty oddech. Zaczął bawić się jej włosami, a ona wciąż płakała.  - Przestań. – wyszeptała. Nie chciała doznawać „czułości” jakie ojciec miał jej do zaoferowania. Próbowała odejść jednak przytrzymywał ją. 
- Wszystkiego najlepszego kochanie. – Usłyszała. Po chwili poczuła pocałunek złożony na jej szyi, za nim kolejny i kolejny. W tej chwili pomyślała o Eriku. Musiała przerwać ten horror, dla niego.
- Powiedziałam nie! – wydostała się z uścisku dłoni ojca, po czym kopnęła go w krocze i uciekła. Tyle szczęścia w nieszczęściu, że chociaż udało jej się przebrać w koszulę nocną. Ubrała byle jak buty, porozbijała po drodze świeżo umyte naczynia, szybko otworzyła drzwi i uciekła.
Biegła bardzo, bardzo długo. Była co najmniej kilka kilometrów od domu. Nie miała pojęcia gdzie aktualnie jest, czuła tylko chłód wiosennego wieczoru, który stworzył gęsią skórkę na jej ciele. Nie obchodziło ją jak wygląda, nie w tej chwili. Teraz potrzebowała tylko pomocy i znalezienia się jak najdalej od ojca. Błąkała się jeszcze z jakąś godzinę, po czym ze zmęczenia usiadła na najbliższym przystanku i zaczęła płakać. Po chwili usłyszała swoje imię.
- Caroline.? – uniosła głowę. Stała przed nią Stella. - Dziecko… co ty tutaj robisz.?? – Caroline nie była pewna czy potrafiłaby wytłumaczyć jak i dlaczego się tutaj znalazła.
- Przepraszam. – wyszeptała. - Przepraszam, że musi pani na to patrzeć… już stąd idę.
- Stój! – wykrzyknęła Stella. - Nie będziesz się błąkała o tej godzinie sama po mieście… chodź za mną. – ruszyła niepewnym krokiem za kobietą. Po chwili stanęły przed jakimś samochodem, prawdopodobnie srebrnym, jednak w ciemności było widać naprawdę niewiele. Stella otworzyła drzwi.
- Wsiadaj. – odparła z troską. - Dziś przenocujesz u mnie. – Caroline posłusznie wsiadła do samochodu. Po chwili dotarły do domku, naprawdę ładnego domku. Dziewczyna przyglądała się mu z dziwną miłością i zafascynowaniem.
- Wybacz mi skarbie, ale będziesz musiała dzielić pokój ze mną, gdyż owszem mam zapasowe łóżko, ale w swojej sypialni. – nagle usłyszała głos Stelli.
- Nie musi pani tego robić. – powiedziała spokojnie.
- Owszem muszę. – odparła surowo. Caroline cały czas patrzyła na dom. Był cudowny, pokrywała go biała boazeria, dach był koloru purpury, a okna, cóż… Caroline nigdy nie widziała, aby do domu wlatywało tyle naturalnego światła słonecznego bądź księżycowego. U niej w domu (choć już sama nie wiedziała czy może go tak nazwać ) w oknach zawsze wisiały zasłony, co prawda jasne, ale zasłony.
 Nagle poczuła zimny chłód, to Stella, otworzyła drzwi od strony pasażera. - Pomogę ci. – wyszeptała, po czym podała dłoń w stronę dziewczyny. Caroline chwyciła ją bardzo delikatnie i wyszła z samochodu. Obydwie weszły na werandę i zatrzymały się przy drzwiach.
Gdy Stella męczyła się z zamkiem Caroline rozglądała się po okolicy. Wydawała jej się spokojna i raczej opuszczona, jednak po jej ojcu mogłaby się spodziewać już wszystkiego. Weszły do środka.
- Teraz stoimy w holu. – odparła. - Na prawo jest wejście do salonu, na lewo do kuchni, a na wprost jest łazienka dla gości. – dodała. - Z salonu masz wyjście na taras i do ogrodu, z kuchni wychodzisz do jadalni. Po prawej w głębi holu są schody na górę. Wchodząc na górę znajdziesz się w korytarzu, małym, ale jednak.– zaśmiała się. - Po prawej są drzwi do mojego gabinetu, z którego wchodzi się do biblioteki. – mówiła. - Do gabinetu nie ma wstępu nikt, nawet rodzina. - Jeżeli jednak uparcie będziesz chciała dostać się do biblioteki to dam ci klucze od „zapasowych drzwi”, że tak się wyrażę, którymi będziesz mogła wejść do biblioteki nie wchodząc do gabinetu.- Stella mówiła dalej, jednak Caroline już jej nie słuchała. – Stella musi mieć coś ważnego w swoim gabinecie skoro nikogo tam nie wpuszcza – pomyślała.
- Wiesz już co i jak.? – usłyszała po chwili.
- Przepraszam, zamyśliłam się i nie słyszałam co pani… – nie zdążyła dokończyć zdania.
- Mów mi Stella.
- Dobrze. – odparła trochę onieśmielona. – A więc Stello… przepraszam, ale zamyśliłam się i nie słyszałam co pa… co mówiłaś. – poprawiła się szybko. Stella tylko westchnęła wywracając oczami, jednak chyba nie była zła.
- To w takim razie do sypialni zaprowadzę cię sama. Chodź za mną. – oznajmiła prawie że szeptem. Kiedy Stella ruszyła Caroline odczekała chwilę, a następnie poszła za nią.
Po chwili znalazły się na górze, i tak jak mówiła Stella, korytarz był niewielki. Ale nie było to dla Caroline żadnym problemem, szczerze mówiąc, czuła się tutaj, całkiem przytulnie. Jednego mogła być pewna, czuła się tu lepiej, a przede wszystkim bezpieczniej, niż w domu. Zrobiło jej się smutno. Przez wiele, wiele lat nigdy nie pomyślałaby, że będzie jej źle w miejscu gdzie spędziła prawie całe swoje życie. W ścianach, w których się wychowała. Wbrew woli po policzku poleciała jej łza.
- Wszystko w porządku.? – spytała Stella obejmując ją ramieniem. Caroline czuła, że kobieta nie jest pewna czy może wykonać tak czuły gest, jednak nie widząc ani nie słysząc sprzeciwu objęła ją czym prędzej. – Posłuchaj kochanie, już wszystko jest w porządku. – mówiła. – Tutaj nic ci nie grozi. – Caroline chciałaby jej uwierzyć, jednak wiedziała, że kiedy tylko ojciec dojdzie do siebie od razu zacznie jej szukać. Była bardzo ciekawa od kogo zacznie. Poczuła delikatne szarpnięcie, to Stella, szarpnęła ją za ramię na znak aby poszła za nią. Zrobiła to. Po chwili przed nimi otworzyły się orzechowe drewniane drzwi.
Gdy weszły do pomieszczenia za nimi Caroline domyśliła się, że znajdują się w sypialni. Była piękna. Biała farba w liliowe paski przepięknie współgrała z jasnymi meblami i drewnem w odcieniu morskiej piany. Przez chwilę czuła się jak księżniczka, która trafiła do wieży, w której miałaby przez wiele lat czekać na swojego księcia. – Jest przepiękna. – wyszeptała.
- Cieszę się, że ci się podoba. – odparła z uśmiechem Stella. – Które łóżko chcesz zająć.? – spytała. Caroline dostrzegła dwa łóżka. Nie były one jednak zwyczajne… były jak dla księżniczki.
- Myślę, że nie będę zajmowała łóżka, w którym spałaś do tej pory. – powiedziała cichutko Caroline.
- W takim razie śpisz w łóżku po prawej. – Stella wskazała podbródkiem na jedno z łóżek. Dziewczyna podeszła w jego stronę i usiadła na nim. – Chcesz coś do picia.? – spytała przerywając ciszę. Caroline delikatnie pokiwała głową oświadczając „tak”. Po chwili Stella wróciła z dwoma kubkami, jak się okazało, gorącej czekolady. Była pyszna.
- Dziękuję. – odparła podając kubek kobiecie. Stella tylko patrzyła na nią jakby próbowała odczytać jakiś bardzo niewyraźny tekst, jednak jej się nie udawało. Zapadła długa cisza.

Rozdział VI

Wróciła do domu, dziś wyjątkowo nie poszła na łąkę, nie chciała tam chodzić, to miejsce było zbyt bardzo związane z Erikiem, aby mogła tam spokojnie chodzić, i śpiewać, i robić wszystko co kocha. Przez całą drogę myślała, czy spytać się ojca o wczoraj, jednak nie miała ochoty usłyszeć wersji, której usłyszeć nie chce nikt. Do „pieszczot” ojca zdążyła się już przyzwyczaić, ale jeżeli została zgwałcona przez obcego człowieka, w dodatku włamywacza poczuje się bardzo, bardzo upokorzona. Postanowiła na razie nie poruszyć wrażliwej sprawy nocnego wydarzenia.
Nareszcie doszła do domu, pociągnęła za klamkę, jednak drzwi były zamknięte, a ona nie wzięła zapasowego klucza… czyżby los tak chciał.? Caroline pobiegła na łąkę, wyciągnęła notes, i zaczęła pisać. Gdy skończyła postanowiła ułożyć podkład do swojego dzieła, więc zaczęła śpiewać na głos.

I always needed time on my own
I never thought I'd need you there when I cry
And the days feel like years when I'm alone
And the bed where you lay
Is made up on your side
When you walk away
I count the steps that you take
Do you see how much I need you right now?

When you're gone
The pieces of my heart are missing you
When you're gone
The face I came to know is missing too
When you're gone
All the words I need to hear to always get me through the day
And make it okay
I miss you

I've never felt this way before
Everything that I do
Reminds me of you
And the clothes you left
They lie on my floor
And they smell just like you
I love the things that you do
When you walk away
I count the steps that you take
Do you see how much I need you right now?

When you're gone
The pieces of my heart are missing you
When you're gone
The face I came to know is missing too
When you're gone
All the words I need to hear to always get me through the day
And make it okay
I miss you

We were made for each other
Out here forever
I know we were
Yeah, yeah
And all I ever wanted was for you to know
Everything I do I give my heart and soul
I can hardly breathe, I need to feel you here with me, yeah

When you're gone
The pieces of my heart are missing you
When you're gone
The face I came to know is missing too
When you're gone
All the words I need to hear will always get me through the day
And make it okay
I miss you

Poczuła się wtedy jakby zrzuciła z siebie najcięższy z kamieni. Poczuła, że zrywa się do lotu, niczym motyl, gdy nagle doznała wrażenia jakby obserwowana, obróciła się, stał za nią ojciec!
- Piękna piosenka. – stwierdził. - Twoja matka kiedy tylko cie zobaczyła od razu stwierdziła „James, Caroline dostała niezwykły dar, nie możemy go zmarnować”. Teraz widzę, że się nie myliła. – Caroline przeczuwała, że ojciec jest zbyt spokojny, i że jego spokój doprowadzi do czegoś okropnego. - I tak jak matka, nie pozwolę ci stracić tego daru. – ojciec przyciągnął ją do siebie. - Jutro twoje urodziny, skończysz 18 lat, czas, abyś i Ty została matką. – Próbowała się wyrwać, jednak ojciec był zbyt silny, krzyczała , chciała uciec. - Idziemy do domu, i radze ci się nie szarpać, bo może się to dla ciebie skończyć gorzej, niż poprzednim razem. – Caroline teraz zrozumiała, że mieszka pod jednym dachem z potworem! Nagle… zza drzewa wybiegł Erik!
- Zostaw ją! – krzyknął. - Uciekaj, Caroline uciekaj! – Biegła tak szybko jak mogła. Kiedy oddaliła się na tyle, że czuła się bezpiecznie. Spoglądała z ukrycia na dom, i czekała, aż ojciec wejdzie do środka. Po 10 minutach wrócił do domu.
Caroline ukradkiem pobiegła na łąkę. Nigdy by się nie spodziewała tego, co tam zastała, nawet po ojcu. Erik leżał nieprzytomny z rozbitą głową! Dziewczyna natychmiast wezwała pogotowie przybyli po 5 minutach, zabrali Erika. Powiedzieli Caroline, że może go odwiedzić jutro z rana. Była wściekła, zrozpaczona i smutna. Sama nie wiedziała co czuła. Czuła tylko wściekłość, mogła znieść wszystko, ale to ojcu płazem nie ujdzie.
Wróciła do domu. Ojciec czekał na nią w salonie. Siedział w swoim ulubionym fotelu. Postanowiła, że będzie go ignorować, jednak okazało się to niemożliwe, gdyż gdy tylko chciała wykonać jakąkolwiek czynność blokował jej drogę.
- Puść mnie. – powiedziała łagodnie. - Puść mnie. – powtórzyła wyższym tonem. - Puść mnie! – w końcu wykrzyknęła.
- Pozwalasz sobie na zbyt dużo moja droga. – po mimo wrzasków Caroline, ojciec nie odwzajemniał jej emocji.
- Nienawidzę cie.
- Chce porozmawiać.
- Ale ja nie chce.
- Słuchaj, próbowałem po dobroci, ale skoro myślisz, że możesz mnie ignorować, to się mylisz. Należysz tylko do mnie, i żaden chłopak tego nie zmieni. – w tamtej chwili czuła się okropnie, była przerażona, bała się , że ojciec ją uderzy, chociaż nie robił tego od dłuższego czasu. - Od dzisiaj nie wychodzisz z domu, idziesz tam gdzie ja ci powiem, i wtedy kiedy ci powiem.
- Jesteś naprawdę piękna, tak jak twoja matka.
- Nie. – Caroline złapała rękę ojca i odepchnęła go. - Nie chce abyś mnie dotykał, nie chce abyś do mnie mówił, nie chce cie znać. Już nigdy nie będzie tak jak kiedyś, bo dziś przeszedłeś samego siebie! – Czuła tylko wściekłość, najchętniej uciekłaby z domu, ale kłania się pytanie, dokąd ucieknie.? Kto ją przyjmie.? Czy ojciec będzie jej szukał.? Musiała znieść swój najgorszy koszmar. Wyszła z kuchni i spokojnym krokiem skierowała się w stronę swojego pokoju. Była pewna, że wszystko będzie dobrze, jednak myliła się. Poczuła silny ból z tyłu głowy, upadła.
Obudziła się rano o 5:45, była przerażona. Jej nogi były posiniaczone, z prawego policzka leciała krew, bielizna była tradycyjnie zsunięta, dobrze wiedziała co się stało. Z ledwością wstała z łóżka i podeszła do lustra wiszącego nad szafą. Na prawym policzku widniała blizna w kształcie litery c, jak Caroline. Próbowała zatamować cieknącą krew, na próżno. Dziś nie poszła do liceum, musiała odwiedzić Erika i powiedzieć mu co czuje, zanim będzie za późno. Wymknęła się z domu po cichu i pobiegła w stronę szpitala.
Dotarła na miejsce, jednak tam nie zastała zbyt miłej niespodzianki. W szpitalu oprócz niej na rozmowę z Erikiem czekała także Sofie. Caroline udało się przemknąć będąc przez nią niezauważoną. Weszła do pokoju, w którym znajdował się Erik, chciało jej się płakać. Był cały posiniaczony, miał podbite oko i rozciętą wargę, od lekarzy dowiedziała się również, że prawdopodobnie ma złamaną nogę. Podeszła do niego, chciała złapać go za rękę, kiedy do pokoju wszedł lekarz.
- Co Ty tutaj robisz.? – posłał jej surowe spojrzenie. - Do Erika jeszcze nie wolno wchodzić.
- Panie doktorze co… co… Ty .? – w tym samym momencie do pokoju weszła Sofie. - Mówiłam ci, abyś nie zbliżała się do Erika.
- Drogie panie. – w tamtej chwili obydwie uważnie wpatrywały się w doktora. - Widzę, że obydwu paniom bardzo zależy na przebywaniu w tym pomieszczeniu, zgodzę się, ale ma się obejść bez sprzeczek, kłótni i awantur.
-Ale. – zaprotestowała Sofie.
- Żadne ale. - rzekł surowo doktor, po czym dodał. - Albo pani się uspokoi, albo będę zmuszony wyprowadzić panią z tego oto pokoju. – Sofie była wściekła, cała wina poszła na nią, a Caroline wyszła na niewinnego aniołka. Doktor wyszedł.
- Co ty sobie wyobrażasz co.? – wysyczała przez zęby Sofie.
- Nie do końca rozumiem.
- Nie udawaj idiotki. Dobrze wiedziałaś, że masz się trzymać z dala od Erika. On jest tylko mój i nikomu…
- Nie chce go ci odebrać Sofie. – skłamała Caroline. To chyba było najgorsze kłamstwo jakie kiedykolwiek powiedziała. Sofie wyraźnie zaskoczyła ta odpowiedź.
- Więc czego chcesz.?
- Chce tylko coś przekazać Erikowi, nic więcej.
- Co.?
- To dosyć osobista sprawa.
- Przestań marudzić i gadaj. – rozkazała Sofie.
- Dlaczego cię to tak interesuję.?
- Już wiele razy ci to wspomniałam, ale chyba do tego małego móżdżka nic nie dociera. – Sofie zrobiła pauzę. – Ja i Erik chodzimy ze sobą, i jak to pary, nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Żadnych. – te słowa bolały najbardziej. Tych słów Caroline nigdy nie chciała usłyszeć. To te słowa raniły ją bardziej niż jakikolwiek nóż.
- Więc powiesz mi co mam mu przekazać, po czym sobie pójdziesz i będziemy żyć w zgodzie, czy chcesz prowadzić ze mną wojnę.? – uśmiech Sofie, ironiczny uśmiech. Był nie do zniesienia.
- Posłuchaj Sofie. – Caroline starała się bardzo starannie dobrać słowa. – Nie obraź się… ale nie ufam ci. – Sofie parsknęła śmiechem.
- A niby co chcesz mu powiedzieć.? Że pieprzysz się ze swoim ojcem.? Myślisz, że się nie domyśla.? – skąd ona wiedziała.? Kto jej to do cholery powiedział.? To prawda, że nagrywała ją i Erika, ale tylko tyle. Skąd Sofie wiedziała, że ojciec ją gwałci.?
- Skąd o tym wiesz.? – Caroline nie miała zamiaru zadawać tego pytania, jednak ono samo wypłynęło z jej ust. Sofie już miała odpowiedzieć, kiedy obydwie zorientowały się, że Erik się budzi.
- Możesz się jeszcze wycofać. – szepnęła jej na ucho.
- Nawet gdybym chciała, to niby jak mam ci przekazać skoro Erik się budzi.?
- Ojoj, faktycznie. – odparła z ironią Sofie. – No cóż, peszek.
Sofie podeszła do łóżka Erika zostawiając Caroline samą ze swoimi myślami. Po chwili Erik powoli otworzył oczy i delikatnie zaczął opierać się na łokciach, żeby (tak się bynajmniej zdawało) lepiej się rozejrzeć.
- Gdzie ja jestem.? – wymamrotał spokojnie.
- W szpitalu, miałeś… - Sofie zrobiła małą przerwę patrząc przez chwilę na Caroline. – wypadek.
- Jesteśmy sami.?
- Niestety… w twoim pokoju zalęgł się pewien robaczek, którego nie mogłam się pozbyć… - znów zrobiła niewielką przerwę pomiędzy zdaniami. – przepraszam, zaschło mi w gardle. – odparła. – wracając do tego robaczka, to…
- Sofie, po prostu powiedz mi kto to jest.
- Dobrze. – wzruszyła ramionami po czym przesunęła się na bok, aby Erik mógł ujrzeć Caroline. Widać było, że jest zaskoczony jej wizytą , lecz niewiadomo czy się cieszy, czy też nie. Przez dłuższą chwilę siedział niczym opętany.
- Kochanie.? – Sofie usiadła koło niego na łóżku. Żadnego odzewu. – Skarbie.? – znów spróbowała, jednak i tym razem bez skutku. Sofie spiorunowała Caroline wzrokiem.
- Chodź tutaj. – powiedziała.
- Dlaczego.?
- Chodź tutaj powiedziałam.! – wyszczerzyła zęby. Caroline posłusznie, niczym piesek podeszła do Sofie i Erika.
- Zrób coś. – nakazała.
- Nie do końca rozumiem. – Sofie przewróciła oczami.
- Powiedz coś.
- Co.? – w pokoju zapadła cisza, jednak nie na długo.
- Jego imię.
- Dlaczego.?
- Chce coś do cholery sprawdzić jasne.?! – wykrzyknęła Sofie. Caroline przez dłuższą chwilę wpatrywała się we wściekłą dziewczynę, później jednak uległa.
- Erik.? – wyszeptała.
- Głośniej nie potrafisz.? – syknęła. – Przecież cię nie zeżrę.
- Erik, wszystko w porządku.? – w tym momencie Erik potrząsnął głową niczym pies po kąpieli.
- Co.?
- No nie wierzę. – wściekłość Sofie pomału malowała się na jej twarzy.
- Ale w co.?
- Ty, – zwróciła się do Caroline. – to jeszcze nie koniec. – teraz spojrzała na Erika. – Natomiast z tobą porozmawiam kiedy tylko stąd wyjdziesz. – spiorunowała obydwoje wzrokiem po czym z trzaskiem zamknęła drzwi, wybiegła ze szpitala.
- Caroline. – Erik przerwał niezręczną ciszę.
- Tak.?
- Po pierwsze mogłabyś usiąść.? Dziwnie się czuje kiedy stoisz.
- Jasne. – Caroline usadowiła się w kąciku łóżka.
- A teraz drugie pytanie. – odparł widząc, że dziewczyna siedzi wygodnie.
- Dlaczego tutaj przyszłaś.? – Caroline zrobiło się smutno. Nigdy nie przypuszczałaby, że Erik zada jej takie pytanie. Chociaż w sumie po ostatnich wydarzeniach nie miała pretensji o to, że Erik czuje do niej wstręt i, że jest na nią wściekły jak właściciel na psa za pogryzienie ulubionych butów. Może nawet jeszcze gorzej.
- Chciałam cię odwiedzić i zobaczyć jak się czujesz… - wahała się, nie była pewna co powinna powiedzieć, aby odzyskać chociaż garstkę zaufania Erika. - bardzo się przestraszyłam, gdy zobaczyłam co zrobił ci ojciec… od razu wezwałam pogotowie.
- Posłuchaj. – zaczął. - To, że ci pomogłem, to dlatego, że nie toleruje przemocy wobec dzieci. Poza tym po tym co usłyszałem mogę mieć pewność, że cię zmusza to prawda. – powiedział, ale za chwilę dodał. - Ale to nie usprawiedliwia cię od tego, że jednak to robisz. – Caroline uznawszy, iż Erik skończył mówić chciała wszystko wytłumaczyć, jednak on jej przerwał. - Mogę ci przysiądź jedynie tyle, że po mimo wszystko nie odwróciłem się od ciebie, jednak w pierwszej chwili było mi naprawdę ciężko. – Caroline nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała. Była wzruszona, ale jednocześnie oburzona. Wzruszyło ją to, że Erik o niej nie zapomniał, jednak faktem było również to, że nie rozmawiał z nią tak jak kiedyś, bo może nawet nie chciał, no i to, że prowadzał się z Sofie.
- Rozumiem cię. – odparła po chwili milczenia. Było im ciężko ze sobą rozmawiać. Momentami Caroline miała przeczucia jakby Erik wcale nie przestał czuć do niej tego co czuł, a z Sofie prowadza się jedynie po to, aby nie utracić reputacji i szacunku znajomych.
- Możesz mi odpowiedzieć na jedno pytanie.?
- Jasne.
- Ta piosenka, którą śpiewałaś za nim twój ojciec… czy długo już… dlaczego akurat…
- To chyba więcej niż jedno pytanie..? – zażartowała po chwili.
- Chyba tak… - odparł również w żartobliwej formie, jednak już słabiej i ciszej niż wcześniej.
- Erik wszystko w porządku.??!! – przestraszyła się, bała się o niego, bała się czy nie wystąpią jakieś skutki uboczne. Dopiero teraz zrozumiała jak bardzo silne są jej uczucia do Erika. W tym momencie do pokoju wbiegł lekarz, kazano Caroline wracać do domu i tyle widziała Erika.

* Tekst piosenki Avril Lavigne „When You’re Gone”


Rozdział V

Po powrocie do domu i gorącej kąpieli robiła wszystko, byleby nie być w tym samym pomieszczeniu, w którym przebywał ojciec.
W końcu , gdy jej pokój był pusty weszła do niego i szybko zamknęła drzwi na klucz. Podeszła do szafki z rzeczami szkolnymi i sięgnęła po pamiętnik. Zaczęła pisać :
„Wiesz mamo, moje życie jest, chociaż nie, było piękne, tak, to zdecydowanie lepsze określenie. Było,… ale już nie jest, dlaczego ojciec zawsze musi wszystko popsuć.? Tobie też wszystko psuł mamo.? Wiesz, jeszcze jak żyłaś, miałam ochotę i zapał do wszystkiego, nawet w szkole byłam prymuską, pamiętam kiedy przyniosłam ci świadectwo wzorowej uczennicy, a Ty myślałaś, że to kolejna uwaga… byłaś wtedy ze mnie taka dumna, obydwie strasznie się śmiałyśmy. Ojciec też był inny. Odkąd cie nie ma zmieniło się dużo rzeczy, ja też się zmieniłam, nie wiem czy na lepsze, czy gorsze , ale wiem, że się zmieniłam. Kilka dni temu miałam okazje na prawdziwą miłość, pamiętasz Erika prawda.? Chyba coś do mnie czuł, właśnie… czuł, wszystko przez ojca! Mam już dość, brakuje mi ciebie mamo. Dlaczego to Ty musiałaś odejść, a nie ojciec.?.? Może byłoby mi wtedy łatwiej…”
W tamtej chwili po policzku Caroline spłynęła gorzka łza smutku, żalu i upokorzenia. Odłożyła pamiętnik i położyła się spać.
Obudziło ją walenie do drzwi, to ojciec dobijał się, wiadomo po co. Wtedy Caroline nie wytrzymała, otworzyła drzwi i zaczęła na niego wrzeszczeć.
- To wszystko twoja wina ! Moje życie to jakiś koszmar, nie mam matki, nie mam rodziny, nie mam przyjaciół, nie mam nikogo… to wszystko twoja wina! Nienawidzę cie i nie pozwolę ci się już więcej dotknąć! – Caroline zaczęła szarpać się z ojcem, trwało to tylko chwilę, gdy poczuła, że została uderzona w głowę. Upadła… nie miała pojęcia co się dzieje.
Obudziła się dopiero nad ranem, tradycyjnie jej bielizna była opuszczona, jednak to nie był sposób ojca, była przerażona, zdała sobie sprawę, że została zgwałcona przez obcego mężczyznę! Był poniedziałek, więc tradycyjnie trzeba było iść do liceum. Nie chciała tam iść, ponieważ wiedziała, że będzie musiała patrzeć na Erika otoczonego przyjaciółmi, a ona będzie sama, a mogła być z nim… wszystko było bez sensu. Gdy była już przed budynkiem szkoły zauważyła go idącego z jakąś dziewczyną… od razu przypomniała sobie jak to ona szła z nim do liceum, chciało jej się płakać. Czuła się zdradzona, chociaż wiedziała, że jej i Erika nic nie łączyło, a mogło… ta myśl o tym, że mogła mieć chłopaka swoich marzeń tylko dla siebie nie dawała jej spokoju, tak jakby chciała ją pogrążyć.
Dwie pierwsze lekcje minęły jak każde, lecz na przerwie pomiędzy drugą, a trzecią lekcją Caroline znalazła w swojej torbie rysunek przedstawiający ją i jej ojca robiący… wiecie co. Dziewczyna rozpłakała się, nagle usłyszała głos spod niej.
- Dobrze ci tak dziwko! – spojrzała do góry, poznała tą dziewczynę, ta sama nagrywała ją i Erika. Caroline zrozumiała, że to od tej dziewczyny dostała ten odrażający prezent.
- Czego ode mnie chcesz.?
- Nie domyślasz się.? – zapytała ironicznie. - Erik jest tylko i wyłącznie mój.
- Sofie, Ty jesteś Sofie.
- Brawo za spostrzegawczość.
- Nie rozumiem o co ci chodzi Sofie… dobrze wiesz, że mnie i Erika nic nie łączy.– warknęła Caroline.
- Wiem, dlatego na razie dam ci spokój, ale spróbuj tylko się do niego przystawiać, to…
- To co… zabijesz mnie.?
- Nie, ale spokoju już nie zaznasz. Ciau! – to było takie nie fair, przecież Erik i Sofie zerwali dawno, dawno temu! Wygląda na to, że Sofie nie uważa tego związku za zakończony. To potworne. Caroline zdała sobie sprawę, że nie będzie mogła nawet przeprosić Erika, bo Sofie uzna to za ZARYWANIE do niego! Została jeszcze matma, w.o.s. i fizyka, męczarnia! Ale z drugiej strony, lepsze to, niż siedzenie w domu z ojcem, w domu, w którym już nawet nie czuje się bezpiecznie. Trzy najdłuższe godziny w życiu Caroline.
Gdy wyszła przed budynek liceum zauważyła Erika z jakąś dziewczyną, jednak nie była to Sofie. Erik patrzył na Caroline tak jak gdyby nie był pewien co ma zrobić, podejść, czy nie.? Przywitać się, czy może lepiej uniknąć rozmowy.? Widać było, że nie jest mu łatwo… gdyby tylko wiedział jakie katorgi przechodzi Caroline.

Rozdział IV

Zamknęła się w pokoju… płakała, czekała tylko na moment, aż ojciec dowie się, że prawie pocałowała Erika! Już prawie mogła zostać dziewczyną miłości swojego życia, ale jak zwykle coś musiało nie wypalić, normalka .
Siedziała w pokoju sama dosyć długo, co było dziwne,  bo nastał wieczór, a ojciec nie dobijał się do drzwi.
- Czyżby mój tatulek nie był głodny.? – burknęła ironicznie. Dyskretnie wyszła z pokoju, rozglądała się po domu, jednak w żadnym z pomieszczeń nie zastała ojca.  - Wyszedł.? Ale gdzie.? Po co.? – w głowie dziewczyny nagle narodziło się z milion pytań, była zaskoczona tym, że już drugi raz w ciągu dnia jest sama, co oczywiście było piękne, ale przy tym podejrzane.
Około północy Caroline usłyszała otwierające się drzwi od domu, jak co noc mocno trzymała kołdrę, bała się. Czekała dosyć długi czas,  ojciec nie przyszedł. Dziewczyna wsłuchiwała się w głuchą ciszę, nagle usłyszała chrapanie. Doznała spokoju. Noc z soboty na niedzielę była najlepszą nocą Caroline odkąd skończyła 11 lat.
Wstała około godziny 11:00, po raz pierwszy była wyspana. Jakąś godzinę później wstał ojciec. Pierwszymi słowami jakie wydobyły się z jego słów było tradycyjne „Caroline, śniadanie !
 Gdy ojciec zajadał się śniadaniem, ktoś zadzwonił do drzwi. Kiedy dziewczyna otworzyła drzwi była zaskoczona tym, co ujrzała.
- Erik. – wyszeptała.
- Cześć.
- Skąd wiesz gdzie mieszkam.?
- Tajna szkolna baza danych.
- Nie taka tajna. – zażartowała.
- Dlaczego wczoraj uciekłaś.?
- Bo widzisz… - Caroline miała zamiar odpowiedzieć, jednak przerwał jej ojciec.
- Kochanie szykuj się, bo to, że wieczorem dałem ci spokój, to nie znaczy, że dam ci go teraz. Czekam w sypialni. – dziewczyna miała ochotę zapaść się pod ziemię, nie mogła patrzeć na Erika.
- Erik… ja….
- Nie tłumacz się, rozumiem wszystko. – próbowała go zatrzymać, jednak chłopak wybiegł jak wicher.
- Erik, zaczekaj!
- Erik… - chciała mu wszystko wytłumaczyć, jednak chłopak wszedł jej w zdanie.
- Nie mów już nic. Uważałem cię za super dziewczynę, to, że byłaś zamknięta w sobie w ogóle mi nie przeszkadzało, ale to, że śpisz ze swoim ojcem… brzydzę się ciebie. – chciało jej się płakać, wiedziała, że już go nie odzyska, jednak walczyła dalej.
- To nie tak!
- A więc jak.?.?
- On… zmusza mnie… nie mam wyjścia.
- Zawsze jest jakieś wyjście. – rzucił szorstko.
- Weź zadzwoń do mnie jak już skończysz z… z tym ok..? – zawsze żegnał ją przytuleniem bądź całusem, a dziś było zupełnie inaczej, był oschły, bezuczuciowy, po prostu, jak każdy. Caroline przez całą drogę do domu płakała. Nie mogła przestać. Kompletnie zapomniała o czekającym na nią ojcu, z resztą nawet nie chciała pamiętać.


Rozdział III

Przez chwilę było jej nawet przykro, jednak wiedziała , że słowa ojca były zbyt piękne by okazały się prawdziwe. Na reszcie doczekała się tak wyczekiwanego przez nią piątku. Jak zwykle rano zrobiła ojcu śniadanie, wyszykowała się i ruszyła w stronę liceum. Gdy tak szła tradycyjnie nucąc sobie fragment swojej ulubionej piosenki  poczuła, że ktoś ją szturchnął…. To był Erik.
- Oj sorry! – wykrzyknął.
- Spokojnie, nic się nie stało.
- Caroline… to Ty. – gdy na nią spojrzał od razu się uśmiechnął.
- Gdzie się tak śpieszysz.?
- W sumie, to nigdzie. – zrobił małą przerwę po czym zaproponował. - Czy nie zechciałabyś pójść ze mną do szkoły.?
- A co na to twoi znajomi.? – Caroline szukała jakiejkolwiek wymówki.
- Mam gdzieś co myślą, oni w ogóle cie nie znają. – w tamtej chwili miała ochotę rzucić mu się na szyje, lecz tak dużo rzeczy ją hamowało, między innymi ojciec.
- To co, idziemy.? – spytał ponownie.
- Dobrze. – zdecydowała się, po dłuższym namyśle. Idąc z Erikiem do liceum Caroline nigdy nie bawiła się tak świetnie, nawet będąc na łące.! Chłopak opowiadał różne kawały i żartował razem z Caroline tak jak jeszcze nikt. Na kilometr było widać, że tych dwoje świetnie czuje się w swoim towarzystwie. Dziewczyna nie spodziewała się tego, uważała Erika za kompletnie inną osobę, a tym czasem on był taki jak ona! Rozumieli się bez słów. Dzięki niemu lekcje minęły wyjątkowo szybko. Gdy Caroline szła w stronę łąki czuła się dziwnie, tak jak gdyby była śledzona, rozglądała się wiele razy, jednak nikogo nie widziała. Doszła na miejsce, usiadła tam gdzie zawsze przy strumyku, zaczęła śpiewać.

Chill out whatcha yelling´ for .?
 Lay back it´s all been done before
 And if you could only let it be
 You will see
 I like you the way you are
 When we´re drivin´ in your car
 And you´re talking to me one on one but you´ve become
 Somebody else round everyone else
 You´re watching your back like you can´t relax
 You´re tryin´ to be cool you look like a fool to me

 Tell me
 Why you have to go and make things so complicated .?
 I see the way you´re
 Acting like you´re somebody else gets to me frustrated
 Life´s like this you
 And you fall and you crawl and you break
 And you take what you get and you turn it into
 Honestly and promise me I’m never gonna find you fake it
 No, no, no

You come over unannounced
 Dressed up like you´re somethin´ else
 Where you are and where it´s at you see
 You´re making me
 Laugh out when you strike your pose
 Take off all your preppy clothes
 You know you´re not fooling anyone
 When you´ve become
 Somebody else round everyone else
 Watching your back, like you can´t relax
 Trying to be cool you look like a fool to me

Tell me
 Why you have to go and make things so complicated .?
 I see the way you´re
 Acting like you´re somebody else gets to me frustrated
 Life´s like this you
 And you fall and you crawl and you break
 And you take what you get and you turn it into
 Honestly and promise me I’m never gonna find you fake it
 No, no, no

- Więc tutaj znikasz na całe dnie. – usłyszała głos, męski głos, to był Erik.
- Erik! – wykrzyknęła. - Jak Ty tutaj….??
- Masz śliczny głos. – podszedł bliżej. - Dlaczego tak boisz się odezwać, bądź zaśpiewać.? – spytał.
- Wiesz, to trochę bardziej skomplikowane niż ci się wydaje. – czuła się trochę skrępowana. - Szedłeś za mną.?
- Przepraszam, ale zawsze tak trudno jest z tobą pogadać, a ja muszę ci coś powiedzieć. – po jego wyrazie twarzy było widać, że to coś bardzo pilnego.
- Tak.?
- Ja… - Erik zbierał się na siłach, aby wypowiedzieć resztę zdania, gdy nagle… na łące pojawił się jej ojciec!
- Caroline!
- Tata. – była przerażona, wiedziała, że musi jakoś obronić Erika przed ojcem.
- Kim jest ten chłopak.??!!
- To mój kolega, poprosił mnie czy mogłabym mu pożyczyć zeszyt od biologii, to wszystko.
- To prawda.? – skierował wzrok na chłopaka.
- Tak. – widząc podejrzliwość na twarzy ojca Caroline, Erik dodał. – Jest tak jak mówi Caroline.
- To dobrze.
- Co Ty tutaj robisz.?
- To nie twoja sprawa, marsz do domu. – rozkazał, a następnie zwrócił się do Erika. - A panu już dziękujemy. – wypowiedział to zdanie z wielką radością, nikomu oprócz niego nie była ona znana, jednak dało się ją usłyszeć.
- To do zobaczenia. - powiedział szeptem do Caroline.
- Erik, zapomniałeś zeszytu! – wykrzyknęła, gdy ten był już daleko od niej. Będąc pewna, że ojciec jej nie widzi pobiegła w stronę chłopaka. - Erik, ja cię tak strasznie przepraszam, nie miałam pojęcia, że mój ojciec się zjawi, jeszcze nigdy dotąd tu nie przychodził, a Ty jeszcze chciałeś mi coś powiedzieć… tak cię prze… - dziewczyna nie zdążyła dokończyć zdania, gdy Erik przytulił ją.
- Nic nie szkodzi, powiem ci jutro. – wyszeptał jej na ucho , po czym dał jej buziaka w policzek i odszedł. Poczuła, że coraz bardziej układa jej się z Erikiem, co było praktycznie niemożliwe, jednak to działo się naprawdę. Do końca dnia głowę zaprzątała jej inna rzecz, po co ojciec przyszedł na łąkę.? To było niezwykle interesujące, a przy tym podejrzane.
Nastał kolejny dzień, nareszcie była to sobota, uwielbiała je. Od samego rana była w dobrym humorze, gdy wstała była zdumiona, ojca nie było w domu! Jednak Caroline to nie przeszkadzało, nareszcie miała chwilę prywatności i mogła swobodnie poruszać się po domu. Nadeszła 12:00, drzwi od domu otworzyły się, w ich progu stanął ojciec.
- Tato, wróciłeś. – w jej głowie rodziły się myśli o spotkaniu z Erikiem.
- Wydaje mi się, czy widzę uśmiech na twojej twarzy.? – spytał poważnym tonem, tak jakby uśmiech był najgorszą zbrodnią na świecie.
- Nie, znaczy tak, znaczy… - czuła się niekomfortowo, nie miała pojęcia co powiedzieć. - Mogę pójść na łąkę.? – spytała niepewnie. - Śniadanie jest zrobione, jeszcze gorące.
- Idź. – westchnął.
Caroline wyszła z domu i szczęśliwa pobiegła w stronę łąki. Poszła na swoje ukochane miejsce, Erik był tam.
- Cześć.
- Caroline. – widać  że był zdziwiony, jednak jej widok bardzo go ucieszył. - Ślicznie wyglądasz. – odparł, gdy ona już podeszła do niego wystarczająco blisko.
- Dziękuję. – Caroline poczuła, że chłopak próbuje złapać ją za ręce, nie była pewna czy powinna się zgodzić, jednak zaryzykowała.
- Wiesz…
- A tak, chciałeś mi coś powiedzieć. – uśmiechnęła się do niego, aby dodać mu odwagi.
- Masz taki śliczny uśmiech. – było mu trudno, Caroline myślała o pewnej rzeczy, która wydawała jej się niemożliwa. - Mógłbym go oglądać codziennie… bo zawsze gdy go widzę… od razu jest mi weselej. – w oczach Caroline pojawiły się łzy szczęścia. Nie potrafiła opanować emocji. Nagle zauważyła kogoś za drzewem. Pobiegła w tamtą stronę, zauważyła uciekającą dziewczynę z komórką w dłoni, wiedziała, że to może oznaczać tylko jedno, czuła się okropnie, pobiegła w stronę domu nie zatrzymując się na wołania miłości.

*Tekst piosenki Avril Lavigne „Complicated”