piątek, 18 lipca 2014

Rozdział IX

Kiedy Caroline się wyszykowała obydwie podjechały pod dom. Zaparkowały samochód i już miały ruszyć do drzwi kiedy dziewczyna coś zauważyła.
- Zaczekaj.
- Co się dzieje.?
- Nie wychodź z samochodu. – Stella spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Dla… - już miała dokończyć pytanie, gdy na werandzie przed domem Caroline ujrzała Jamesa. Chciało jej się płakać. Nie takiego go sobie zapamiętała. James, w którym niegdyś się podkochiwała nigdy nie pochwalał picia alkoholu i sam unikał go wielkimi krokami. James, którego znała uwielbiał Caroline i przedkładał jej dobro i szczęście ponad wszystko inne. James, który poślubił Susan. Susan Ross, matkę Caroline. Wydawał się taki poukładany, rozsądny, ciepły, czuły, mądry. Jego problem z alkoholem mogła zrozumieć. Większość ludzi po śmierci partnera popada w jakieś nałogi. Problem stanowiło to, co robił Caroline. On w życiu by jej nie skrzywdził. Przynajmniej nie zrobiłby tego James, który niegdyś był dla niej chodzącym ideałem.
- Stello, słyszysz mnie.? – Caroline delikatnie szarpnęła ją za ramię.
- Przepraszam. – wyszeptała. – zamyśliłam się.
- Zauważyłam.
- O co chodzi.?
- Pytałam, czy masz jakiś plan. – Stella zastanawiała się chwile, po czym uśmiechnęła się lekko i niewyraźnie.
- W sumie to tak.

***
- Halo, ktoś tutaj w ogóle pracuje.??
- Po pierwsze mówi się dzień dobry. – chłopak tylko spojrzał na nią z krzywym uśmieszkiem.
- Sorry, jeśli ci tak na tym zależy. – ukłonił się niczym dworzanin swojemu królowi. – Dzień dobry.
- Przestań się wygłupiać. – skarciła go.
- Czemu dziewczyna tak piękna jak ty pracuje w tak obskurnym miejscu jak to.? – dziewczyna tylko wywróciła oczami.
- A czego taki chłopak jak ty tutaj szuka.? – wyszła zza lady. – Bo na pewno nie dziewczyny.
- A gdyby jednak. – obróciła się do niego. Stali bardzo blisko siebie, bardzo blisko.
- Więc, - przełknęła ślinę. – wybrałeś złe miejsce. – odwróciła się i już miała iść, kiedy ten złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.
- Sorry kimkolwiek jesteś, ale muszę wracać do pracy. – próbowała go odepchnąć, ale trzymał ją mocno.
- Jestem Sam. – odparł. – I nigdzie cię nie puszczę dopóki nie powiesz mi jak masz na imię. – uśmiechnął się szeroko. – Ewentualnie możesz podać mi swój numer.
- To tak zdobywasz dziewczynę.? – spytała z ironią.
- Nie muszę żadnej zdobywać, bo one same na mnie polują.
- Szczęściarz. – mimo woli uśmiechnęła się.
- Więc jak ci na imię.? – w tym momencie na korytarzu pojawił się lekarz. Sam gwałtownie rozluźnił uścisk.
- Mirando przypominam ci, że jesteś w pracy, a nie na targu. – spojrzał na nią surowym wzrokiem. – Miranda. Więc tak masz na imię ślicznotko. – pomyślał Sam, jednak nie wypowiedział tego na głos, gdyż nie chciał narażać jej na jeszcze większe problemy.
- Przepraszam. – wyszeptała z opuszczoną głową. – Po prostu ten pan pytał gdzie leży… um... – Miranda spojrzała na Sama błagalnym wzrokiem.
- McKenzie. – dokończył za nią.
- Właśnie. – lekarz tylko przenosił wzrok z jednego na drugie, po czym zwrócił się do Sama.
- Erik McKenzie.?
- Tak właśnie.
- Jesteś jego bratem.?
- Przyjacielem.
- W takim razie nie mogę…
- Prosił mnie żebym przyniósł mu lekcje. – przerwał mu Sam.
- Jest wzorowym uczniem. – dodał widząc podejrzliwą minę lekarza. – Chce nadrobić zaległości.
- Dobrze. – odparł po chwili. – Panna Morgens zaprowadzi cie do Erika. – obrócił się na pięcie i ruszył dalej w głąb korytarza zostawiając jego i Mirandę sam na sam.
- Wielkie dzięki. – prychnęła oburzona.
- Co.?
- Pracuję tu dopiero miesiąc. Mike… - urwała gwałtownie. – doktor Michael Gray jeszcze nie przekonał się do mnie w stu procentach, a ty wcale mi tego nie ułatwiasz.!
- Przepraszam cię. – cała radość i pewność zniknęły z jego twarzy. Pojawiły się na niej natomiast smutek i poczucie winy. – Naprawdę nie wiedziałem, że jest taki cięty Mirando.
- W porządku. – odparła uspokojona. – Ja też powinnam cię przeprosić. – przyznała. – Po prostu strasznie zależy mi na tej pracy. Potrzebuje kasy. Nie chce żeby mnie wylali. 
- Rozumiem. – wyszeptał nie patrząc na nią.
- Serio.?
- Niekoniecznie, aczkolwiek chciałbym. – Miranda zachichotała.
- Rozbawiłem cię. – odparł uradowany. – Czy to oznacza zgodę.?
- Chyba tak. – Sam rozłożył ręce na znak przytulenia, jednak Miranda szybko się otrząsnęła.
- Powinniśmy iść.
- Dlaczego.?
- McKenzie.
- Co McKenzie.?
- Twój przyjaciel.
- Co przyjaciel.?
- Czeka na ciebie. – znów się uśmiechnęła, tym razem jeszcze szerzej. – Jesteś uroczy.
- Czy to znaczy, że…
- Nie ma mowy. – odparła surowo, po czym odwróciła się od niego i ruszyła przed siebie. – Chodź za mną. – Sam posłusznie ruszył za Mirandą.
Szli dosyć długo, jednak nie znowu tak długo aby można narzekać na ból nóg. Dotarli do pokoju 404. Miranda zapukała, po czym otworzyła drzwi. Odruchowo obydwoje spojrzeli na łóżko. Było puste. Dziewczyna już miała wzywać lekarza i pozostałe pielęgniarki, gdy Sam zauważył go przy stoliku. Siedział i tępo gapił się w okno, tak jakby w ogóle nie słyszał, że pukali. Był w dżinsach i podkoszulku, jego włosy były zmierzwione. Pierwszy raz widział go w tak krytycznym stanie. Nawet gdy jeszcze jak byli młodsi i nocowali u siebie zawsze wstawał wcześniej, aby nie musiał go oglądać właśnie takim jak teraz. W tym momencie wydawało się jakby w ogóle nie obchodził go jego wygląd. Jakby nie obchodziło go nic. Sam mógł się założyć, że gdyby postał tak jeszcze chwile dopatrzyłby się u niego innych zmian, stwierdził jednak, że pora przerwać tę niezręczną ciszę.
- Erik.? – chłopak odwrócił się powoli. Jego twarz była w równie złym stanie co reszta. Oczy podkrążone i zaspane, gołym okiem można było stwierdzić, że twarz już dawno nie miała kontaktu ze specjalnym kremem Erika, dzięki któremu jego skóra była nawilżona. Twarz miał bez wyrazu, aczkolwiek można było się domyśleć, że nie jest szczęśliwy.
- Kiedy już skończysz wizytę zamelduj się u mnie, a jeżeli Erik poczuje się gorzej po prostu krzycz.- wyszeptała do niego Miranda, po czym odwróciła się i wyszła.
- Erik, stary..
- Jak go przekonałeś.? – Sam popatrzył ze zdziwieniem na przyjaciela.
- Jak przekonałem kogo.?
- Lekarza.
- Do czego.?
- Sam, nie udawaj idioty. – skarcił go.
- Naprawdę nie wiem o co..
- Jak przekonałeś lekarza do tego, żebyś mógł mnie odwiedzić. – odparł beznamiętnie.
- Powiedziałem, że jesteś wzorowym uczniem, chcesz nadrobić zaległości i…
- Dobra, nieważne.
- Czy ty dasz mi kiedyś dokończyć zdanie.? – zażartował Sam. Erik tylko popatrzył na niego krzywo, po czym wstał z krzesła i podszedł do niego.
- Nie mam nastroju na żarty.
- Łał stary. – wykrzywił się. – Jeżeli ten burdel…
- Szpital Sam.
- Dobra. – odparł trochę zdziwiony. – Jeżeli szpital robi z ludźmi takie rzeczy, to ja za cholerę nie chce tu trafić.
- To nie wina szpitala.
- Więc o co chodzi.? – spytał, po czym dodał. – No nie. – usiadł na łóżku. – Nie mów mi tylko, że chodzi o tę całą laskę, która nawet boi się wypowiedzieć swoje imię. – Erik tylko spojrzał na niego. – Jak ona miała na imię.? – Sam dumał chwile. – Carmen.? Clara.? Cornelia.? – tym razem Erik obrzucił go surowym spojrzeniem.
- Ma na imię Caroline. – jego głos jednak pozostał spokojny.
- No dobra. – Sam wzruszył ramionami. – Caroline. Co jeszcze o niej wiesz.? – chłopak zatrzymał wzrok na jednym punkcie i zaczął mówić:
- Ma wspaniałe włosy, tak samo piękne i miękkie jak puch. Jej oczy są niezwykłe. Kiedy jest wesoła są zielone i tajemnicze niczym u kota, natomiast kiedy się smuci, cóż, nigdy nie widziałem bardziej błękitnego koloru. Nawet ocean nie może się poszczycić takim błękitem. Jej uśmiech, nawet najlepsza gwiazda filmowa nie ma tak białych i równych zębów jak ona. Jej zęby są niczym perły. Krystalicznie białe i niezwykle rzadkie. Jej głos, kiedy mówi to tak jakby ktoś szeptał mi do ucha najczulsze słówka. A kiedy śpiewa…
- Łoł, łoł, łoł. – przerwał mu Sam. – Słyszałeś jak śpiewa.?? – Erik tylko mówił dalej, tak jakby Sam w ogóle się nie odezwał.
- Kiedy śpiewa brzmi niczym anioł, wyjątkowy anioł. Jej dotyk jest jak ukojenie. A kiedy jest blisko, nie mogę znieść tego, że nie mogę jej nawet przytulić, a już tym bardziej pocałować. Denerwuje mnie to, że nie mogę jej mieć tylko dla siebie. – zrobił małą pauzę, a Sam sądząc, że przyjaciel skończył powiedział:
- Erik, sądzę, że ty…
- Ostatnio była tutaj. – znów mu przerwał. – Siedziała tutaj, w tym samym miejscu co ty. Patrzyła na mnie tymi swoimi zielono-niebieskimi oczami, a ja byłem zbyt słaby, lub zbyt głupi by ją przeprosić. By powiedzieć jej, że wcale nie jest winna.
- Powiedzieć co do niej czujesz. – dodał Sam.
- Tak. – tym razem Erik popatrzył na niego z uśmiechem. - Postanowiłem, że zrobię to jak tylko wyjdę ze szpitala.
- O nie. – przerwał mu niechętnie Sam, gdyż nie przepadał za romansami, aczkolwiek wypowiedź (jeśli tak to można nazwać) przyjaciela poruszyła go i dała wiele do myślenia.
- Jak to nie.? – oburzył się Erik.
 - Jak stąd wyjdziesz, to zanim porozmawiasz z nią, rozszarpie cię Sofie.
- Kto.?
- Sofie. – Sam popatrzył na niego ze zdziwieniem. – Twoja ex, a właściwie dziewczyna.
- Ach ona. – odparł z niesmakiem Erik. – Ona tylko znów sobie ubzdurała, że jesteśmy razem. – machnął niedbale ręką. – Pamiętam, że przyszła mnie odwiedzić w tym samym dniu co Caroline.
- Czego chciała.?
- W sumie to nie wiem. – wzruszył ramionami. – Spławiłem ją.
Sam nigdy nie wyglądał na bardziej zaskoczonego. Choć jego mina zapewne była zabawna, Erika wcale to nie rozśmieszyło.
 
***
- Jesteś gotowa.? – spytała Stella otwierając drzwi od wewnętrznej strony kierowcy, aby po tym jak kilkanaście razy powtarzała Caroline plan wreszcie wcielić go w życie. Dziewczyna tylko pokiwała głową. - Miejmy nadzieje, że się uda. – wyszeptała po czym wysiadła z samochodu i… ruszyła w stronę Jamesa.! Była przerażona, a jednocześnie ciekawa jego reakcji na jej widok. Choć nie napawał optymizmem, wiedziała, że już nie ma wyjścia. Przypominała sobie dla kogo to robi.
Była już bardzo blisko. Już miała się odezwać, gdy James wstał ze schodów, odwrócił się do niej plecami i ruszył do drzwi. Przyśpieszyła kroku. Już otwierał drzwi, gdy wyłoniła się zza drzewa i wykrzyknęła.
- James.! – odwrócił się zaskoczony, na jej widok jego oczy rozszerzyły się, że teraz były tak wielkie jak u Tarasiuka syrichta*. Gdyby nie powaga sytuacji (i jego stan) zapewne by się roześmiała.
- Stella.? – wyszeptał.
- Tak James, to ja.
- Co ty tutaj do cholery robisz.?
- Spodziewałam się ciut milszego powitania.
- Więc się pomyliłaś. – znów kierował się do drzwi, gdy Stella spytała:
- Jak tam Caroline.? – zatrzymał się jak zamurowany.
 
* gatunek ssaka z rodziny wyrakowatych występujący w lasach deszczowych Filipin.
 
***
Caroline zrobiła wszystko zgodnie z tym co powiedziała Stella. Dzięki jej doskonałemu planowi znajdowała się teraz w domu, właściwie w jej byłym domu. Nigdy nie przypuszczała by, że będzie korzystała z tylnego wyjścia, a jednak okazała się to bardzo przydatne w takich sytuacjach jak ta. W domu panował jeszcze większy bałagan, niż wtedy, kiedy ona jeszcze tutaj mieszkała. Z korytarza zostały usunięte roztrzaskane naczynia, jednak ich odłamki nadal chrupotały pod stopami dziewczyny. Rozejrzała się po całym domu szukając to, czego szukała… swoich ubrań.
Cichym krokiem ruszyła na koniec korytarza i otworzyła drzwi do swojego starego pokoju, w którym zaszły „zmiany”. Lustro wiszące nad komodą było roztrzaskane, ubrania porozrzucane po całym pomieszczeniu, niektóre były poplamione czymś co wyglądało na krew. Szuflady pootwierane, gdzie nie gdzie na ścianach widniały napisy: „będziesz moja”, „i tak cię znajdę”, „prędzej cały świat spłonie, niż ty zdołasz się przede mną ukryć” itp.
Nie mogła uwierzyć w to co widzi. Czy to naprawdę zrobił człowiek, którego przez tyle lat uważała za swojego ojca.? Była przerażona. Czym prędzej zaczęła szukać torby, w którą spakowała wszystkie ubrania, które nie były zaplamione „tym czymś”, cokolwiek to było. Gdy już się spakowała przypomniała sobie o jeszcze jednej, istotnej dla niej rzeczy, pamiętnik.
Czym prędzej zajrzała do szafki nocnej. Przeraziła się. Nie było w niej ani rzeczy szkolnych, ani jej pamiętnika.!
 
***
- Co ty powiedziałaś.? – posłał jej ostre spojrzenie.
- Spokojnie James, po prostu chce wiedzieć jak czuje się twoja córka. – próbowała się uśmiechnąć, jednak wstręt do niego był silniejszy.
- Chodzi ci o jedzenie.?
- O jakie… nie, skądże James.
- Więc czego ode mnie chcesz.?
- Po prostu przechodziłam i zobaczyłam cię jak tutaj siedzisz i pomyślałam…
- Nie kłam Stello.
- No dobrze. – miała mało czasu, musiała szybko wymyśleć kolejne kłamstwo. – Chodzi o to, że się martwię.
- Martwisz.? – wyglądał na naprawdę zdziwionego.
- Tak. – wszystkie kłamstwa, które wymyślała przychodziły jej z trudem, a jeszcze trudniej wychodziły jej z ust, nie dlatego, że bolało ją okłamywanie jego, tylko dlatego, że nie lubiła kłamać.
- Dlaczego.?
- Wiesz. – przełknęła ślinę. – zawsze należałam do tej rodziny…
- To prawda. – przyznał. – Susan cię uwielbiała.
- Byłyśmy przyjaciółkami. – cokolwiek sprawiło, że James był spokojny na dźwięk słowa „przyjaciółki” zniknęło tak niespodziewanie jak się pojawiło. Znów stał się ostry i oschły. Tak jakby to słowo bolało go jak żadne inne.
- Powinnaś już iść. – odsunął się od niej, chodź Stella nawet nie zorientowała się kiedy do niej podszedł.
 
***
- Jak to ją spławiłeś.? – Sam dopiero po chwili odzyskał głos.
- Po prostu. – znów wzruszył ramionami. – Nie miałem ochoty z nią gadać.
- A przypadkiem nie chodzi o coś innego.?
- Niby o co.?
- O to, że chciałeś być sam na sam z Caroline.
- To też prawda, ale nic z tego nie wynikło, bo nafaszerowali mnie tyloma prochami, że zasnąłem zanim cokolwiek zdążyłem jej powiedzieć. – zanim cokolwiek miłego zdążyłem jej powiedzieć. – pomyślał, jednak Sam nie musiał tego wiedzieć.
- Więc co zamierzasz zrobić.?
- To znaczy.?
- To znaczy z Sofie.
- Dalej nie rozumiem.
Sam wywrócił oczami.
- Nawet nie wiesz ile ona ćwiczy przy tym cholernym lustrze żeby dobrze przed tobą wypaść.
- I co z tego.?
- To z tego, że nie da ci spokoju dopóki jej nie wysłuchasz.
- A czy ja mam obowiązek jej słuchać.?
- Stary, powiedz mi jedną rzecz. – Sam skrzyżował ręce.
- Mianowicie.?
- Czy ty ją kiedykolwiek kochałeś.? – Erik zastanawiał się tylko krótką chwilę po czym odparł:
- Zdecydowanie tak…
- Więc dlaczego ją spłoszyłeś.?
- Nie dałeś mi dokończyć. – skarcił go.
- Czyli jej nie kochałeś.?
- Kochałem, przyznaje.
- Ale.?
- Ale nie tak mocno i nie tak szczerze jak…
- Jak Caroline. – Sam popatrzył na przyjaciela, który aż promieniał na dźwięk tego imienia.
- Wtedy byłem jeszcze szczeniacko zakochany. – przyznał się Erik. – Owszem, kochałem ją i byłem z nią szczęśliwy, ale… - zamyślił się na chwilę. – Ale z Caroline jest inaczej.  – usiadł na łóżku obok Sama, który przyglądał mu się z miłością i troską w oczach. – Przy niej czuję, że mogę… mogę podnosić góry, wiem, że to brzmi szalenie, ale tak właśnie jest. Czuje, że mogę zrobić wszystko, dopóki ona będzie blisko.
- Łał stary…
- Przestań mnie tak nazywać. – Erik skrzywił się. – Jestem od ciebie starszy to prawda, ale czy 6 minut różnicy czyni mnie, aż takim staruchem.? – Sam roześmiał się z ulgą.
- Widzę, właściwie to słyszę, że wrócił ci humor.
- Kiedy o niej myślę wszystko do mnie wraca. Humor, nadzieja, szczęście, miłość…
- Życie. – wyszeptał Sam.
- Co.?
- Chodziło ci, że wraca do ciebie życie.
- Tak.
***
Gdyby nie to, że przed domem Stella walczyła o to, aby mogła się spakować i spokojnie wyjść z domu tak jakby nigdy jej tu nie było, Caroline wpadła by teraz w histerię.  Gdzie mógł być jej pamiętnik.? Czy ojciec go spalił.? Czy wiedział wszystko i tylko udawał, że nie ma pojęcia, że jest teraz w domu.? Te pytania rozszarpywały ją od środka. Postanowiła się rozejrzeć. Miała cichą nadzieję, że może, przez przypadek, uda jej się go znaleźć.
***
- James. – wyszeptała Stella. On nawet się do niej nie odwrócił. Stał do niej tyłem, jakby próbował ją zignorować, jednak choć bardzo chciał, nie potrafił tego zrobić.
- Dlaczego mi to robisz.?
- Ale co takiego robię.?
- Dlaczego przypominasz mi o niej.?
- O Caroline.? – żadnego odzewu.
- O Susan.? – Stella zrobiła zdziwioną minę. – Myślałam, że ją kochałeś.
- Bo tak było. – James odwrócił się do niej z powrotem. Podszedł do niej wolnym krokiem i ujął w dłonie jej twarz. – Kochałem ją jak wariat. – popatrzył jej prosto w oczy. – Czasem mi ją przypominasz. – przyznał.
- A Caroline nie.? – powoli przełknęła ślinę. 
- Ona zwłaszcza mi ją przypomina. – zaczął gładzić ją kciukiem po policzku.
- Dlatego ją gwałciłeś.? – jego ręce zesztywniały i puściły jej twarz.
 
***
Przeszukała już wszystkie pokoje. Została jej tylko sypialnia ojca. Bała się tam wejść, jednak w głębi serca wiedziała, że pamiętnik może być już tylko tam. Podeszła do drzwi, złapała klamkę i pociągnęła.
W sumie nie do końca wiedziała czego ma spodziewać, jednak nie tego co zastała. W sypialni ojca panował nienaganny porządek. Nigdy tutaj nie była, jednak czuła się w tym pokoju bardzo nieswojo. Zaczęła przeszukiwania. Zajrzała pod łóżko, do szafy i przeglądnęła szufladki biurka, jednak ani śladu pamiętnika.
Już miała wyjść, gdy w oczy poraziło ją coś, co odbijało blask świtała słonecznego. Podeszła do szafki nocnej (której o dziwo wcześniej nie zauważyła) i wzięła przedmiot, który rzucił jej się w oczy. Było to coś srebrnego i małego, było zawieszone na srebrnym, cienkim łańcuszku.
- Naszyjnik. – wyszeptała. W tym momencie poczuła, że na czymś stanęła, spojrzała w dół i zobaczyła dwa zeszyty, jeden z nich… to był jej pamiętnik.!
Czym prędzej podniosła obydwa. Pamiętnik wsunęła pod pachę, natomiast drugi otworzyła i zaczęła czytać:
„ Ona jest taka piękna. Jej oczy… są niezwykłe. Odziedziczyła je po nas oboje. Jamesowi również bardzo się podobają. Jestem mu bardzo wdzięczna za to, co dla nas robi. Gdyby nie on możliwe, że skończylibyśmy na bruku. Jest wspaniałym mężem i kochającym ojcem. Tak bardzo go kocham.”
- To niemożliwe. – Caroline zaparło dech. Czyżby matka opisywała tego samego człowieka, który co noc gwałcił ją bez żadnego poczucia winy.?
Zamknęła zeszyt i z obydwoma udała się do torby, w której miała spakowane ubrania. – Pamiętnik mamy. – pomyślała.
Przez tyle lat nawet nie miała pojęcia o jego istnieniu, a dziś, gdy już go znalazła dowiaduje się, że jej ojciec jest bohaterem.
- Gdyby naprawdę był takim bohaterem to mama dziś by żyła. – stwierdziła.
 
***
- Skąd to wiesz.? – sama nie wiedziała czego ma się spodziewać po tym co powie, jednak była pewna, że nie takiego spokoju. Wrzasku, napadu wściekłości, irytacji, oburzenia, ignorancji, wyparcia się, ale na pewno nie spokoju.
- Czyli to prawda. – Stella omal nie zemdlała z wrażenia z wrażenia. – Dlaczego.? – on tylko popatrzył na nią obojętnym wzrokiem.
- Żeby ją chronić. – Stella parsknęła śmiechem bez cienia wesołości.
- Chronić ją.? – prawie wrzasnęła. – Jak.?!
- Nie zrozumiesz. – już ruszył w stronę domu, gdy Stella nie wytrzymała i wrzasnęła:
- Jesteś skończonym kretynem.! – zatrzymał się, jednak po chwili tylko machnął ręką i ruszył dalej. – Nie rozumiem jak kiedyś mogłam być tak głupia i zakochać się w tobie.! – tym razem odwrócił się. Jego mina wyrażała ogromne zaskoczenie.
- Byłaś we mnie zakochana.?
 
***
Caroline już się spakowała i już miała wyjść, ale coś ją powstrzymało. Coś prosiło ją żeby została jeszcze chwilkę. Po jej policzku spłynęła gorzka łza. Nigdy nie sądziła, że będzie musiała rozstawać się z tym miejscem.
- Weź się w garść. – skarciła się. – Mama już nie wróci. Pogódź się z tym. – czym prędzej otarła resztę łez, które już zdążyły wypłynąć z jej oczu i ruszyła do tylnych drzwi, którymi dostała się do domu.
***
- Byłaś we mnie zakochana.? – spytał ponownie James, tak jakby za pierwszym razem w ogóle nie zrozumiał tego co powiedziała. Stella nie wiedziała co zrobić. Nie chciała, aby James kiedykolwiek dowiedział się o tym co przed chwilą mu wygarnęła.
Miała już zaprotestować gdy zza domu ujrzała Caroline. Serce podskoczyło jej do gardła. Musiała czym prędzej zrobić coś by James jej nie zauważył.
- Stello. – zaczął kierować się w jej stronę. – Proszę cię, nie ignoruj mnie. – znając ją zapewne cisnęła by mu teraz w twarz niezłą ripostę. Tak. Zrobiłaby to, gdyby nie była tak piekielnie zdenerwowana.
Gdy się ocknęła poczuła na sobie ucisk i ramiona. Silne ramiona. To James. Obejmował ją. Stella wykorzystała to jako idealny moment i pomachała do Caroline (która cały ten czas stała i czekała na jej rozkaz) na znak żeby szybko biegła do samochodu. Dziewczyna zrozumiała polecenie i szybkim krokiem kroczyła w jego stronę, gdy nagle coś wypadło z torby i z lekkim hukiem opadło na ziemię. To był jej pamiętnik. Caroline przeklęła pod nosem. Hałas nie był wielki, jednak na tyle głośny, aby zaniepokoił Jamesa.
- Co to było.? – spytał.
- Ale co takiego.?
- Ten hałas.
- Ja nic nie słyszałam. – Stella przytuliła się do niego mocno, jednak on się jej wyrwał, odwrócił do niej plecami i… zamarł.
- Caroline.? – już kierował się w jej stronę, ale dziewczyna szybko podniosła zeszyt i pobiegła w stronę samochodu. – Caroline.! – wrzasnął. – Caroline stój.! – od jego wrzasku Stellę aż zabolały bębenki. Jeszcze przez chwilę patrzył za nią, po czym odwrócił się do Stelli wściekły i zrozpaczony.
- To twoja wina. – warknął przez zęby.
- O nie, to ty…
- Twoja suko.!! – wrzasnął popychając ją przy tym, jednak nie tak silnie aby straciła równowagę.
- James, spokojnie…
- Nie wystarczyło ci, że straciłem Susan. Teraz jeszcze musiałaś mi odebrać Caroline.! – jego oddech wcześniej normalny, teraz stawał się nie do zniesienia.
- Ona sama do mnie przyszła.! – wrzasnęła, po czym szybko zakryła sobie ręką usta.
- A więc to u ciebie się ukrywa. – jego spojrzenie było pełne nienawiści, a głos, to w jaki sposób wypowiadał słowa sprawiało, że Stellę przechodziły ciarki.
- Nie…
- Siedź cicho dziwko.
- Ona wcale nie ukrywa się u mnie.
- Powiedziałem… - jego oczy się rozszerzyły. – Co takiego.?
- Poprosiła mnie o pomoc, więc jej ją udzieliłam.
- W takim razie gdzie była przez ten cały czas.?!
- Tego nie wiem. – odwróciła się od niego i już miała iść, kiedy szarpnął ją za ramię.
- Spodziewaj się mnie w najbliższym czasie. – mruknął, po czym puścił ją i ruszył w stronę domu.
 

 

 

1 komentarz:

  1. Nie karz nam jeszcze czekać, proszę ja i inni ciągle mamy nadzieję, że jednak coś napiszesz :(

    OdpowiedzUsuń