środa, 9 lipca 2014

Rozdział VII

Była zestresowana, całą drogę myślała o Eriku, a co 10 minut wydzwaniała pytając o jego stan. W końcu jednak po mimo woli dotarła do domu, wyciszyła telefon i po cichu otworzyła drzwi. Rozglądała się po domu, jednak ani śladu ojca, nagle dostała smsa. To był sms od jednej z pielęgniarek, która podała jej swój numer w razie gdyby z Erikiem się pogorszyło. Chciało jej się płakać. W treści wiadomości czarno na białym było napisane, że Erik jest w bardzo ciężkim stanie i może mieć problemy z chodzeniem w przyszłości. Był jednak cień nadziei. Ostateczną decyzję miał podjąć chirurg z Nowego Jorku. Słynął z tego, że jego diagnozy zawsze były trafne, i jeszcze nie było takiego przypadku, aby się pomylił. Wiedziała, że na odpowiedź będzie musiała czekać bardzo, bardzo długo. Wiedziała, że prawdopodobnie nie wytrzyma tyle czasu w niepewności. Wiedziała, że musiała coś zrobić. Dziś były jej urodziny.
- Ciekawe, czy Erik wiedział, że dziś są moje urodziny..? – szepnęła sama do siebie. Jednak za chwilę stwierdziła, że nie to było najważniejsze. Postanowiła, że musi wymyślić jakiś sposób na jak najszybsze przemieszczenie się z Valentine do Nowego Jorku. Oczywiście patrząc oczami realisty było to w 100% nierealne, ale Caroline musiała wierzyć, że ma szansę. Nagle przypomniały jej się słowa p. Green. Wiedziała, że nie powinna prosić profesorki, czyli całkiem obcej jej osoby o taką rzecz, ale była tak zdesperowana, że nie obchodziło ją nawet jak to zabrzmi, chciała tylko pomóc Erikowi. Niestety, na rozmowę z p. Green musiała poczekać do jutra.
Postanowiła wziąć orzeźwiający prysznic, aby trochę ochłonąć i na spokojnie przemyśleć do kogo mogłaby się jeszcze ewentualnie zwrócić o pomoc. Nie chciała patrzeć na siebie w lustrze, jej ciało nigdy nie było w gorszym stanie. Ręce świeciły od sińców, podobnie jak nogi. Gdzie niegdzie były przecięcia od noża, czy coś w tym stylu. Jednak w tej chwili wiedziała, że nie może myśleć o sobie, z resztą nigdy tego nie robiła, więc dlaczego teraz miałaby zacząć..? Nie zastanawiając się nad tym dłużej weszła pod prysznic.
Kiedy wyszła podeszła do umywalki, aby opłukać twarz. Gdy ponownie spojrzała w lustro zamarła. Stał za nią ojciec! 
- Tato! – wykrzyknęła. - Przestraszyłeś mnie. – dodała nieśmiale. Ojciec jednak stał w bezruchu nic nie mówiąc. To sprawiało, że Caroline bała się jeszcze bardziej.
Po chwili gwałtownie się odwróciła z nadzieją, że jej się przewidziało, i że ojciec wcale za nią nie stoi… na próżno. Łza pociekła jej po policzku, była bezsilna. Stanęła tyłem do niego i oparła się rękoma o umywalkę chowając twarz przed wszystkimi.
Po chwili poczuła dotyk. Ojciec gładził ją dłonią po plecach. Czuła jego odór i lodowaty oddech. Zaczął bawić się jej włosami, a ona wciąż płakała.  - Przestań. – wyszeptała. Nie chciała doznawać „czułości” jakie ojciec miał jej do zaoferowania. Próbowała odejść jednak przytrzymywał ją. 
- Wszystkiego najlepszego kochanie. – Usłyszała. Po chwili poczuła pocałunek złożony na jej szyi, za nim kolejny i kolejny. W tej chwili pomyślała o Eriku. Musiała przerwać ten horror, dla niego.
- Powiedziałam nie! – wydostała się z uścisku dłoni ojca, po czym kopnęła go w krocze i uciekła. Tyle szczęścia w nieszczęściu, że chociaż udało jej się przebrać w koszulę nocną. Ubrała byle jak buty, porozbijała po drodze świeżo umyte naczynia, szybko otworzyła drzwi i uciekła.
Biegła bardzo, bardzo długo. Była co najmniej kilka kilometrów od domu. Nie miała pojęcia gdzie aktualnie jest, czuła tylko chłód wiosennego wieczoru, który stworzył gęsią skórkę na jej ciele. Nie obchodziło ją jak wygląda, nie w tej chwili. Teraz potrzebowała tylko pomocy i znalezienia się jak najdalej od ojca. Błąkała się jeszcze z jakąś godzinę, po czym ze zmęczenia usiadła na najbliższym przystanku i zaczęła płakać. Po chwili usłyszała swoje imię.
- Caroline.? – uniosła głowę. Stała przed nią Stella. - Dziecko… co ty tutaj robisz.?? – Caroline nie była pewna czy potrafiłaby wytłumaczyć jak i dlaczego się tutaj znalazła.
- Przepraszam. – wyszeptała. - Przepraszam, że musi pani na to patrzeć… już stąd idę.
- Stój! – wykrzyknęła Stella. - Nie będziesz się błąkała o tej godzinie sama po mieście… chodź za mną. – ruszyła niepewnym krokiem za kobietą. Po chwili stanęły przed jakimś samochodem, prawdopodobnie srebrnym, jednak w ciemności było widać naprawdę niewiele. Stella otworzyła drzwi.
- Wsiadaj. – odparła z troską. - Dziś przenocujesz u mnie. – Caroline posłusznie wsiadła do samochodu. Po chwili dotarły do domku, naprawdę ładnego domku. Dziewczyna przyglądała się mu z dziwną miłością i zafascynowaniem.
- Wybacz mi skarbie, ale będziesz musiała dzielić pokój ze mną, gdyż owszem mam zapasowe łóżko, ale w swojej sypialni. – nagle usłyszała głos Stelli.
- Nie musi pani tego robić. – powiedziała spokojnie.
- Owszem muszę. – odparła surowo. Caroline cały czas patrzyła na dom. Był cudowny, pokrywała go biała boazeria, dach był koloru purpury, a okna, cóż… Caroline nigdy nie widziała, aby do domu wlatywało tyle naturalnego światła słonecznego bądź księżycowego. U niej w domu (choć już sama nie wiedziała czy może go tak nazwać ) w oknach zawsze wisiały zasłony, co prawda jasne, ale zasłony.
 Nagle poczuła zimny chłód, to Stella, otworzyła drzwi od strony pasażera. - Pomogę ci. – wyszeptała, po czym podała dłoń w stronę dziewczyny. Caroline chwyciła ją bardzo delikatnie i wyszła z samochodu. Obydwie weszły na werandę i zatrzymały się przy drzwiach.
Gdy Stella męczyła się z zamkiem Caroline rozglądała się po okolicy. Wydawała jej się spokojna i raczej opuszczona, jednak po jej ojcu mogłaby się spodziewać już wszystkiego. Weszły do środka.
- Teraz stoimy w holu. – odparła. - Na prawo jest wejście do salonu, na lewo do kuchni, a na wprost jest łazienka dla gości. – dodała. - Z salonu masz wyjście na taras i do ogrodu, z kuchni wychodzisz do jadalni. Po prawej w głębi holu są schody na górę. Wchodząc na górę znajdziesz się w korytarzu, małym, ale jednak.– zaśmiała się. - Po prawej są drzwi do mojego gabinetu, z którego wchodzi się do biblioteki. – mówiła. - Do gabinetu nie ma wstępu nikt, nawet rodzina. - Jeżeli jednak uparcie będziesz chciała dostać się do biblioteki to dam ci klucze od „zapasowych drzwi”, że tak się wyrażę, którymi będziesz mogła wejść do biblioteki nie wchodząc do gabinetu.- Stella mówiła dalej, jednak Caroline już jej nie słuchała. – Stella musi mieć coś ważnego w swoim gabinecie skoro nikogo tam nie wpuszcza – pomyślała.
- Wiesz już co i jak.? – usłyszała po chwili.
- Przepraszam, zamyśliłam się i nie słyszałam co pani… – nie zdążyła dokończyć zdania.
- Mów mi Stella.
- Dobrze. – odparła trochę onieśmielona. – A więc Stello… przepraszam, ale zamyśliłam się i nie słyszałam co pa… co mówiłaś. – poprawiła się szybko. Stella tylko westchnęła wywracając oczami, jednak chyba nie była zła.
- To w takim razie do sypialni zaprowadzę cię sama. Chodź za mną. – oznajmiła prawie że szeptem. Kiedy Stella ruszyła Caroline odczekała chwilę, a następnie poszła za nią.
Po chwili znalazły się na górze, i tak jak mówiła Stella, korytarz był niewielki. Ale nie było to dla Caroline żadnym problemem, szczerze mówiąc, czuła się tutaj, całkiem przytulnie. Jednego mogła być pewna, czuła się tu lepiej, a przede wszystkim bezpieczniej, niż w domu. Zrobiło jej się smutno. Przez wiele, wiele lat nigdy nie pomyślałaby, że będzie jej źle w miejscu gdzie spędziła prawie całe swoje życie. W ścianach, w których się wychowała. Wbrew woli po policzku poleciała jej łza.
- Wszystko w porządku.? – spytała Stella obejmując ją ramieniem. Caroline czuła, że kobieta nie jest pewna czy może wykonać tak czuły gest, jednak nie widząc ani nie słysząc sprzeciwu objęła ją czym prędzej. – Posłuchaj kochanie, już wszystko jest w porządku. – mówiła. – Tutaj nic ci nie grozi. – Caroline chciałaby jej uwierzyć, jednak wiedziała, że kiedy tylko ojciec dojdzie do siebie od razu zacznie jej szukać. Była bardzo ciekawa od kogo zacznie. Poczuła delikatne szarpnięcie, to Stella, szarpnęła ją za ramię na znak aby poszła za nią. Zrobiła to. Po chwili przed nimi otworzyły się orzechowe drewniane drzwi.
Gdy weszły do pomieszczenia za nimi Caroline domyśliła się, że znajdują się w sypialni. Była piękna. Biała farba w liliowe paski przepięknie współgrała z jasnymi meblami i drewnem w odcieniu morskiej piany. Przez chwilę czuła się jak księżniczka, która trafiła do wieży, w której miałaby przez wiele lat czekać na swojego księcia. – Jest przepiękna. – wyszeptała.
- Cieszę się, że ci się podoba. – odparła z uśmiechem Stella. – Które łóżko chcesz zająć.? – spytała. Caroline dostrzegła dwa łóżka. Nie były one jednak zwyczajne… były jak dla księżniczki.
- Myślę, że nie będę zajmowała łóżka, w którym spałaś do tej pory. – powiedziała cichutko Caroline.
- W takim razie śpisz w łóżku po prawej. – Stella wskazała podbródkiem na jedno z łóżek. Dziewczyna podeszła w jego stronę i usiadła na nim. – Chcesz coś do picia.? – spytała przerywając ciszę. Caroline delikatnie pokiwała głową oświadczając „tak”. Po chwili Stella wróciła z dwoma kubkami, jak się okazało, gorącej czekolady. Była pyszna.
- Dziękuję. – odparła podając kubek kobiecie. Stella tylko patrzyła na nią jakby próbowała odczytać jakiś bardzo niewyraźny tekst, jednak jej się nie udawało. Zapadła długa cisza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz